Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aph. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aph. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 lipca 2011

RusPol | APH fanfiction

Dzień jak co dzień, powiedziałby każdy. Takich dni Feliks przeżył już masę, czasem jednak nie wszystko wygląda tak, jakby nam się wydawało. Łukasiewicz spojrzał w niebo i uśmiechnął się lekko. Zapowiadało się na piękną pogodę, w końcu był początek sierpnia, lato. Zawsze uwielbiał tą porę roku, było ciepło, przyjemnie i można było siedzieć na dworzu. Wciąż wspominał dawne czasy, gdy wraz z Litwą przesiadywali na polu i rozmawiali. To znaczy on mówił, a Toris słuchał. Wszystko jednak się zmieniło, a na samą myślą o swym byłym pobratymcu robiło mu się niedobrze. Tak, to był generalnie, jeden z jego największych błędów, cały ten związek. Feliks w sumie zawsze źle trafiał.
Najbardziej drażniło go to, że już od bardzo dawna znajdował się między młotem a kowadłem. Czytaj: między Ludwigiem a Iwanem. Prychnął cicho i powrócił do rzeczywistości. No tak, jego prezydent znowu coś chrzanił o chińczykach, autostradach i Euro 2012. Cholera, jakby jeszcze mu brakowało problemów! Jego drogi absolutnie nie nadawały się na takie wydarzenia, a na autostrady nie było go stać! Ale nie... prestiż. Co oni sobie myślą?! Feliks znowu się wkurzył. To był drażliwy temat, zwłaszcza, że jego od dawna nie słuchano. Jeszcze kiedyś, dawno temu, królowie uważali jego zdanie za dosyć ważne. Teraz ani trochę się z nim nie liczono. Gdy całe obrady się skończyły, westchnął z ulgą. Skierował się do wyjścia i już byłby szczęśliwy, gdyby nie to, że zawołano go z powrotem. Burcząc pod nosem całą wiązankę, jakże polskich przekleństw podszedł do swojego prezydenta i zapytał o co chodzi.
— Feliksie, musisz lecieć do Rosji. To naprawdę ważne. — O nie! Nie do Iwana, błagam! To były pierwsze myśli jakie mu przeszły przez głowę. Spojrzał tylko pytająco na ludzi stojących przed nim. Co on miał tam niby robić? Znowu przeżywać Smoleńsk? Błagać o to by nie wyłączali gazu? Czy co jeszcze? Nim jednak zdążył zadać pytanie, bądź jakkolwiek się wycofać zostało mu wyjaśnione. Choć w sumie wcale go to nie przekonało.
— Zostaliśmy zaproszeni do Moskwy. Chodzi o polepszenie naszych stosunków. — O, Polska już znał te ich „stosunki”. — Chyba nie chcemy ich urazić? — Owszem, chcemy! Wszystko w nim krzyczało. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że nie ma szans na ucieczkę. Podrapał się po głowie, spojrzał na nich i uśmiechnął, co miało oznaczać zgodę.
Właśnie wysiedli z samolotu. Zostali powitani przez najlepszych ludzi Iwana, co nie uszło uwadze Feliksa. Co z tego, skoro nie był wstanie nawet przez chwilę pomyśleć? Było tak zimno, że myślał iż zamarznie na śmierć.
— Totalnie nienawidzę zimna. Piździ tu. — Wkurzony już maszerował w stronę samochodu. Miał gdzieś karcące spojrzenia jego ludzi. Miał prawo mówić to, co myśli! A że mogło to się nie spodobać Ruskiemu... Generalnie miał to gdzieś. Wewnątrz pojazdu było dużo cieplej, więc podróż nie była tragiczna. Pierwszą osobą jaką zobaczył zaraz po wysiedzeniu z auta był Iwan. Wielki, lekko uśmiechnięty, jak zawsze zresztą. Feliks odwrócił ostentacyjnie wzrok, by nie patrzeć prosto w jego oczy. Nie potrafił, zawsze poddawał się presji i zgadzał ze wszystkim. Oczywiście do czasu. Witał się ze wszystkimi, aż w końcu nadeszła kolej na Rosję.
— Siemano Iwan. — Starał się by jego głos brzmiał naturalnie i wesoło. Co z tego, że odrobinę mu nie wyszło? Stał jak słup, nie wiedząc co dalej. Z zamyślań wyrwał go głos tego, z którym się witał.
— Witaj Towarzyszu. — Dwa słowa sprawiły, że po plecach Łukasiewicza przeszedł dreszcz. Po chwili jednak się opanował. Co on, kurwa, Litwa? Nie będzie drżał na samą myśl o Iwanie, nie ma mowy! Poklepał go po ramieniu i skierował się za ludźmi wchodzącymi do budynku. Generalnie Feliks był osobą nieśmiałą w stosunku do obcych. Jednak Iwan... No nie można było o nim powiedzieć „obcy”, co to to nie. Dlatego też idąc do gabinetu buzia mu się nie zamykała.
— U ciebie jak zwykle zimno. Iwan, jak ty możesz tu żyć? — Ględził non stop. Iwan odpowiadał uprzejmie, cicho z nienagannym uśmiechem. Po pewnym czasie rozmowa stanęła w martwym punkcie i nastała nieprzyjemna cisza. Rosja zaprosił go do swojego osobnego pokoju, gdyż wolał, by ludzie sami załatwiali własne sprawy.
— Towarzyszu Polsko, a pamiętacie, jak to było gdy byliście pod moim panowaniem? — Po pewnym czasie odezwał się Iwan. Łukasiewicz aż podskoczył, bowiem nie spodziewał się takiego pytania. Czy pamiętał? Głupie pytanie.
— Niestety pamiętam Iwan. I nigdy Ci tego nie zapomnę, masz to jak w banku. — Odpowiedział przewracając oczami. Chciał zapomnieć o tym jak najszybciej, ale wiedział, że to niemożliwe. Przynajmniej nie w tym tysiącleciu.
— Fajnie było towarzyszu. — Rosja uśmiechnął się odrobinę bardziej niż zwykle. Rany, czy Feliksowi się tylko zdawało, czy w głosie Ruskiego wyczuł tęsknotę. Cholera jasna! To totalnie niemożliwe! Mimo to uśmiechnął się do niego lekko, zażenowany. W sumie, czasami tęsknił za Iwanem. Ale oczywiście nigdy się do tego nie przyzna bo po co? Siedzieli tak i rozmawiali o dawnych czasach. Nim Feliks się obejrzał minęło ładnych parę godzin. Sam nie spodziewał się, że ta wizyta będzie taka... miła. No nic, nadszedł czas pożegnania. Feliks zdobył się na odwagę i lekko objął Rosję, co skończyło się odrobinę drastycznie. Iwan bowiem również go objął używając trochę za dużo siły, niż by to wypadało.
— Na razie Iwan. Do następnego. — Wydukał Feliks i jak najszybciej się obrócił. Rosja tylko się uśmiechnął, nachylił do jego ucha i wyszeptał.
— Kolkolkol, mam nadzieję, że to będzie niedługo towarzyszu, kolkolkol. — Poklepał Łukasiewicza po plecach i odsunął się. Feliks wsiadał do samolotu czując na sobie wzrok Ruska. No nic, jakoś to przeżył. I nawet nie było tak źle. Może powinienem odwiedzać go częściej? Z tą myślą zasnął wciśnięty w fotel samolotu.
RusPol dla Bezika. Kochanie, NIGDY, ale to NIGDY więcej nie każ mi pisać RusPola. Sama widzisz, że po prostu nie potrafię XD
Kocham Cię <3

niedziela, 10 lipca 2011

Bal | APH fanfiction | RumHun

Nastała noc, najgorsza pora dla ludzi mieszkających w Rumunii. Kraj ten bowiem znany jest ze swych legend o wampirach. Ale co się dziwić, skoro sam Vasile wydaje się być jednym z nich? Wszyscy podejrzewają, że nie jest normalnym człowiekiem, ale jak dotąd nikomu nie udało się tego udowodnić. Czyżby nadszedł na to czas? Czy komuś wreszcie uda się go zdemaskować? Oto nadarza się okazja, bowiem pan Rumunii urządza bal! Tak, najzwyklejszy bal, na który zaprosił każdego, nawet Węgry! Vasile zaśmiał się pod nosem. Elizavetta wyglądała całkiem uroczo, gdy się na niego wściekała. Co prawda denerwując ja był w poważnym niebezpieczeństwie, ale... Dla tego widoku było warto. Poprawiał właśnie swój strój, gdy usłyszał, że pierwsi goście się już zbierają. Oblizał wargi i uśmiechnął się szerzej. Ciekawe czy przyjdzie...
Tymczasem w sali balowej państwa zaczęły się zbierać. Elizavetta weszła jako jedna z pierwszych wzrokiem szukając kogoś do kogo mogłaby podejść. Czuła się niepewnie w domu Rumunii, ale co się dziwić? Ciągle darli ze sobą koty, wręcz się nie znosili. W oddali zobaczyła pana Austrię, którego od dawna podziwiała. Co prawda byli w separacji, ale to nie przeszkadzało im spędzać ze sobą większość świąt. Elka sama nie wierzyła, że aż tak się od niego uzależniła. Feliks mówił jej, że powinna jak najszybciej odciąć się od Rodericha. Ale ona nie potrafiła. Wiedziała, że jest głupia, powinna trzymać się od niego jak najdalej. Aktualnie jednak na sali nie było nikogo innego do kogo mogłaby podejść. NO PRZECIEŻ NIE PODEJDZIE DO FRANCJI, NIE? Z wielkim uśmiechem stanęła obok Austrii i przywitała się z nim grzecznie. Ten odpowiedział tym samym. Ach, Elka za każdym razem, gdy widziała jego uśmiech się rumieniła. Uważała go za coś wspaniałego. Ubolewała więc, że Rod uśmiecha się tak rzadko. Nim zaczęła jednak rozmowę na salę wszedł pan domu. Rumunia. Jej odwieczny wróg, który swoją drogą nie był wcale tak odrażający jak go zawsze przedstawiała. Przysunęła się bliżej Austrii, dobrze wiedząc, że i tak sama będzie musiała się bronić. No chyba, że Feliks się niebawem zjawi.
Wszedł na salę dosyć raźnym krokiem, z wielkim uśmiechem. Tak, wybrał tą posiadłość na tą okazję z wielką radością. Kochał ten dworek. Dworek nazywany domem Draculi. I wtedy ją ujrzał. A więc przyszła! Uśmiechnął się szerzej. Naprawdę zastanawiał się jak smakuje jej krew. Jak wyglądałaby, gdyby... Nie! O czym on myśli! Przecież zorganizował ten bal, by udowodnić, że nie jest wampirem. Potrząsnął lekko głową i witał się ze wszystkimi po kolei. Na końcu podszedł do niej. Ach, nadal trzymała się blisko tego palanta, Austrii. Co ona w nim widziała? Poza tym, byli przecież w separacji. To nie możliwe, by go jeszcze kochała. Vasilem zawładnęło dziwne, nie spotykane dotąd uczucie. Czyżby to była zazdrość? Nie, nie możliwe! A na pewno nie o nią! Uśmiechnął się wrednie i spojrzał jej w twarz. Odpowiedziała tym samym. Do tej pory zapewne nie wybaczyła mu Siedmiogrodu. Nie dziwił jej się. W końcu nie po to wywaliła z niego Zakon Krzyżacki, by on miał go zagarnąć. Spojrzał na nią, zlustrował ją od dołu do góry. A, cholera, wyglądała niesamowicie kobieco! To nie może być ta sama Elizavetta, z którą tak często walczy. To po prostu nie możliwe! Ona tymczasem stała i wgapiała się w niego zimno. Dziwnie się czuła ze świadomością, że się tak na nią patrzy. Najchętniej schowałaby się za Rodem, ale przecież tego nie zrobi! Nie pokażę nikomu, że ją to rusza! I w tym momencie ujrzała w jego oczach dziwny błysk, który sprawił, że jej twarz oblała się rumieńcem. On natomiast właśnie wyobraził ją sobie w swych ramionach. No cóż, ciekawy widok. Skinął jej głową, ucałował dłoń a Roderichowi tylko posłał zimne spojrzenie. Zaprosił ją do tańca, korzystając z okazji, że właśnie zaczęto grać muzykę. Nie miała innego wyjścia. Zgodziła się, choć niechętnie. Dłoń jej drżała, gdy podawała mu ją. Objął ją w pasie, zarumieniła się bardziej. Po jej ciele przebiegły dreszcze, sama nie wiedziała co się z nią dzieje. To było straszne, nigdy wcześniej się tak nie czuła!
— Elizavetto. Miło cię widzieć. — Zaniemówiła. Takie słowa z jego ust? Czyżby naprawdę śniła? Spuściła wzrok. Nie wiedziała co odpowiedzieć. Skłamać, czy powiedzieć prawdę, jak chamska by nie była?
— Super. Przyszłam tu tylko dlatego, że szef mi kazał. Nie sil się na uprzejmości Vasile. Dobrze wiemy, jak bardzo się nie znosimy. — Była szczera. Taka już była, nigdy nie udawała. No... Prawie. Ale to dawne czasy. Gdy jeszcze zależało jej na dobru Austrii. Zaraz, czy to znaczy, że już jej nie zależy? Owszem, zależy, ale nie kosztem jej ludzi! Spojrzała na Rumunię z wyższością, dobrze wiedziała, że jest lepsza. I gdyby nie przeklęta Unia Europejska i te pieprzone pakty o nie agresji i cholera wie co jeszcze, już dawno odzyskałaby Siedmiogród. Cóż, Elka bardzo tęskniła za średniowieczem. Czasem, gdy była mocarstwem. Czasami płakała, oczywiście wtedy gdy nikt nie widział, tęskniąc za tamtymi latami. A gdy Feliks wypłakiwał jej się w ramię, że tęskni za Jadwigą? Sama musiała się powstrzymywać przed płaczem. Westchnęła cicho w momencie w którym ujrzała uśmiech na ustach Vasile. On się nigdy nie zmieni, prawda? Taniec wydawał jej się trwać wieki, gdy nagle muzyka ucichła. Ukłoniła mu się lekko i odeszła na bok. Długo jeszcze patrzył w ślad za nią. Ona tymczasem ujrzała Feliksa, który kłócił się z Ludwigiem. Kłócił? Błąd, on na niego wrzucał a tamten patrzył na niego tylko ze spokojem. Norma. Podeszła do niego i go przytuliła. Rany, naprawdę tęskniła za tamtymi czasami, gdy Europa należała praktycznie tylko do nich. No i był jeszcze Gilbert. Zaśmiała się na wspomnienie. Tak, zawsze się kłócili, ale tak naprawdę byli dobrymi kumplami. Do czasu. Elka potrząsnęła głową. Nie czas na rozmyślania. Rozejrzała się dookoła. Ujrzała Austrię tańczącego z Belgią. Czyżby poczuła lekkie ukłucie w sercu? Nie... Musiało jej się wydawać.
— Elka. Daj sobie z nim spokój. — Powiedział Feliks odgadując wszystko od razu. Zawsze tak było. Wystarczyło by na siebie spojrzeli i już wiedzieli, że coś jest nie tak. — Poza tym... Nie podoba mi się sposób, w jaki Rumunia na ciebie patrzy. — Oto cały Feliks! Martwi się o nią, co sprawiło, że prawe popłakała się ze szczęścia. Prawda była taka, że Elka nigdy nie miała szczęścia do mężczyzn. Dużo osób próbowało ją zeswatać z Felkiem, ale przecież... Oni byli tylko przyjaciółmi, właściwie zachowywali się jak rodzeństwo. Polak, Węgier, dwa bratanki... I te sprawy. Uśmiechnęła się lekko.
— Mnie też się to nie podoba Feliks. Ciarki mnie przechodzą, gdy mnie lustruje. — Odpowiedziała starając się unikać rozmowy o Roderichu. Nie była na to gotowa, sama w sumie nie wiedziała co czuje. Kiedyś coś ich łączyło. A właściwie... To on się po prostu nią opiekował i wykorzystał do wzmocnienia własnej pozycji. Ona jednak starała się to wyprzeć ze świadomości wierząc, że naprawdę ją kochał. Cóż, głupie kobiece serce...
Tymczasem Vasile przyglądał jej się w każdej chwili, w której tylko mógł. Już jakiś czas temu zauważył, że go pociągała. A dzisiejszy dzień był idealny do tego, by się do niej zbliżyć. Po kilku tańcach znowu spojrzał w jej stronę. To co zobaczył zaskoczyło go. Wpatrywała się w jakiś punkt pustym wzrokiem. W oczach miała łzy, ręka jej zamarła w połowie ruchu. Przygryzła wargę i zdawała się nie słyszeć, że Polska coś do niej mówił. Co jest? Zwrócił swój wzrok w stronę, w którą ona patrzyła. I wtedy wszystko stało się jasne. Austria całował się z Belgią. Vasile wiedział, że Elizavetta ma słabość do paniczyka. Musiało ją to zaboleć, pomyślał. Gdy z powrotem spojrzał w jej stronę ujrzał jak ucieka w głąb zamku. Zobaczył Feliksa, który zaciskał dłonie w pięściach. No tak, on nigdy nie panował nad emocjami. Ale w sumie... Nie miałby mu za złe, gdyby teraz zdzielił Roda... Może sam powinien... Ale wtedy usłyszał trzask. Odwrócił się w stronę, z której dochodził. W życiu by się nie spodziewał tego co zobaczył! Wnioskując z min większości obecnych, w tym Polski czy Austrii, inni także się tego nie spodziewali. Co się stało? Gilbert, największy egoista jakiego widział, przed chwilą zdzielił Austriaka w twarz tłukąc mu przy tym okulary. No proszę, czyżby Prusy... Zaśmiał się cicho. Podszedł do Prus, poklepał go po plecach i uśmiechnął się do wszystkich najmilej jak potrafił.
— Proszę się rozejść panowie. Na pewno macie swoje powody do kłótni, ale proszę... Nie tutaj. Pozwólcie się innym bawić. — Ale Gilbert go nie słuchał. Jak zwykle zresztą. Trzepnął Rodericha raz jeszcze. Szkoda, że ona tego nie widzi idioto, pomyślał, miałbyś przynajmniej u niej szanse!
— Ty skurwysynie! — Gilbert darł się bijąc na oślep. Feliks był w szoku, podbiegł bliżej. Lecz zamiast ich uspokoić kopnął Austrię w krocze i wytknął mu język. Jego wzrok mówił „to za to wszystko co zrobiłeś mnie i Elce!”. Vasile zaśmiał się głośno. Cóż, miała dobrych przyjaciół. Skorzystał więc z zamieszania i ruszył za nią, w głąb zamku. Nim ktokolwiek się spostrzeże, że nie ma ich obojga.
Biegła przed siebie starając się ukryć łzy. Nie udało się. Krople spływały jej po policzkach w zaskakująco szybkim tempie. Czemu ją to tak ruszyło? Opadła na ziemię, ukryła twarz w dłoniach. Dlaczego? Dlaczego to musi tak boleć? Siedziała tak już dosyć długo, gdy usłyszała kroki. Obejrzała się i ujrzała jego. W pierwszej chwili zastanawiała się, co on tam robił. Po chwili jednak zdała sobie sprawę, że to jego dom... Patrzyła na niego z zapłakanymi oczami. Dlaczego akurat on musiał tu przyjść, zapewne zaraz zacznie się ze mnie śmiać, myślała. Jemu natomiast serce ścisnęło się z żalu. Jeszcze nigdy nie widział jej w takim stanie. Podszedł bliżej, uklęknął przy niej. Nim się spostrzegła była w jego ramionach, płakała mu w koszulę. Nie rozumiała tego, ale nie chciała przerywać. Przez tą jedną chwilę czuła się bezpieczna. Cieszyła się, że nie jest sama. Na ten moment zapomniała nawet, że się z Vasilem nie znoszą. On gładził ją po włosach uspokajając cicho. Zanim obydwoje zdali sobie z tego sprawę już się całowali. Przeszedł ja przyjemny dreszcz, zarumieniła się. Całował ją zachłannie, tak jakby wiedział, że zaraz ją straci. Odwzajemniała pocałunek czując dokładnie to samo. Było przyjemnie, ale tam, w sali balowej czeka na nich rzeczywistość. Oderwał usta od jej ust, oparł głowę na jej ramieniu i przycisnął ją bliżej siebie. Zamknęła oczy, oparła się o niego. Siedzieli tak, w całkowitej ciszy, przez dłuższy czas. Słychać było tylko bicia ich serc. Pocałował jej szyję, ona jęknęła cicho. Wiedziała, że gdyby tylko chciał oddałaby mu się bez słowa. Nie rozumiała dlaczego, wiedziała jednak, że tak było. Ale wtedy on oprzytomniał. Wiedział, że jak bardzo by nie chciał to się nie uda. Jutro, ba, jeszcze dziś wszystko wróci do normy. Będzie po staremu. Ale jej należy się odrobina szczęścia...
— Powinnaś wracać. Czekają na ciebie. — Powiedział walcząc ze sobą. Spojrzała na niego zdziwiona. Wytarła łzy nadal milcząc. Jak to, czekają na nią? Kto? Odsunął się od niej i nie patrząc w twarz znowu się odezwał.
— Gilbert i Feliks. Myślę, że... Powinnaś do nich wracać. — Zamilkł na chwilę. — Masz naprawdę dobrych przyjaciół. — Ona nic nie rozumiała. To, że Polska był jej przyjacielem wiedziała. Ale co do tego miał Gilbert? I skąd Vasile mógł to wiedzieć? Rany, jak ona nie znosiła nic nie rozumieć!
— Jak to? — Zapytała cicho, ledwo mówiąc cokolwiek. Spojrzał na nią, unikając jednak jej spojrzenia. Nie mógł spojrzeć je w oczy. Wiedział, że gdyby poddał się ich zieleni nie wypuściłby jej z ramion już nigdy. A musiał.
— Jak wychodziłem z sali... Bili się z Austrią za ciebie Elizavetto. Powinnaś do nich wracać i im podziękować. — Nadal nic nie rozumiała. Felek się bił? Przecież mogło mu się coś stać! A... Gilbert? Dlaczego? Wiedziała, że obaj nie przepadają za Roderichem, ale... Czyżby to, że ją zranił było przyczyną bójki? Zarumieniła się. Spojrzała na Vasile, wstała. Wyszeptała krótkie „dziękuję” i ruszyła w drogę powrotną. Wiedziała, że to co się stało zostanie na zawsze w tajemnicy. I nigdy nie będzie miało większego znaczenia. Ani dla niej, ani dla niego. Gdy odwróciła się, by po raz ostatni na niego spojrzeć nadal siedział na ziemi. Z opuszczoną głową. Po chwili spojrzał na nią, zacisnął pięści.
— Dziękuję Vasile... - Uśmiechnęła się najpiękniej jak potrafiła i już jej nie było. Dopiero wtedy ukrył twarz w dłoniach, a łzy spłynęły mimowolnie. Czyżby właśnie... Stracił coś ważnego? Pozbierał się jakiś czas później. Gdy powrócił do sali balowej jej już nie było. Ani jej ani Gilberta. Feliks gdzieś tam w kącie narzekał na Austriaka i wyżalał się Lugwigowi. Roderich lizał rany w kącie, pocieszała go Belgia.
— Teraz moja kolej. — Szepnął do siebie i podszedł do sprawcy smutku Elizavetty. Nim ktokolwiek się spostrzegł przywalił mu z całej siły prosto w twarz. Wszyscy spojrzeli na niego zszokowani. Czyżby właśnie stanął w obronie swojego największego wroga? Jego to jednak nie obchodziło. Opuścił salę podczas gdy wszyscy właśnie o nim plotkowali. Wyszedł na taras i spojrzał w gwiazdy.
— Bądź szczęśliwa Elizavetto. —Uśmiechnął się lekko. — Następnym razem, gdy się spotkamy... Znowu będziemy wrogami.

Totalnie nie miałam pomysłu na tytuł xD Cały fic też jest raczej do dupy. Ale nie miałam neta i umierałam z nudów. Mam nadzieję, że choć jednej osobie się spodoba ^^"
Dedykuję go SzKotkowi, bo obiecałam. Przepraszam, że tak wyszło, chciałam napisać dla Ciebie coś fajnego  a tu dupaaaa D:

czwartek, 7 lipca 2011

GerPol część II | APH fanfiction

Nastał świt. Promienie wschodzącego słońca oświetlały całą Warszawę. Miasto budziło się do życia. W domu Łukasiewicza panowała cisza przerywana odgłosami wydawanymi przez śpiącego Feliksa. Kiedy słońce oświetliło jego twarz obudził się ziewając głośno. Przetarł oczy i rozejrzał się po pokoju. Co ja robię w salonie, pytał się w myślach. Wydarzenia wczorajszego dnia zlały mu się w jedno ze snem. Dopiero po dłuższej chwili przypomniał sobie co zaszło pomiędzy nim a Ludwigiem. Zarumienił się i otworzył oczy szeroko. Przecież to totalnie niemożliwe! A jednak, stało się. Jak mam się teraz zachowywać? Zastanawiał się. Jednak nic nie przychodziło mu do głowy. Wstydził się tego co łączyło go z Niemcem. Łączyło go? Nie, jemu było raczej wstyd za to, że pozwolił Ludwigowi na tak dużo. Co z tego, że nie był mu obojętny? Niemcy to Niemcy i powinien wiedzieć gdzie jego miejsce! Przeklęty szwab! No nic, stało się. Ale co teraz? Feliks schował głowę w dłoniach i nie kryjąc więcej emocji zaszlochał głośno. To totalnie nie do przyjęcia! Co teraz będzie? Jak ja mu spojrzę w twarz? Te pytanie chodziły mu po głowie. Jak na złość na żadne nie potrafił odpowiedzieć. Skoro nie mógł sobie poradzić sam zostało mu już tylko jedno wyjście. Podniósł głowę, starł łzy i poszedł pod prysznic. Miał nadzieję, że choć odrobinę ochłonie. Postanowił, pójdzie po poradę do Węgier! Przecież Elcia jest jego najlepszą przyjaciółką, nie? Zawsze miała dla niego jakąś radę, na pewno i tym razem mu pomoże!
Nim się spostrzegł był już w samolocie. Jego szef nie rozumiał tego, jak bardzo mu się spieszyło. Zastanawiał się, co się Feliksowi stało, ale ten milczał. Nikt się nie może dowiedzieć, nikt poza Eliżbietą! Podróż wydawała mu się ciągnąć wiecznie, a te przeklęte procedury wcale nie polepszały sytuacji. Rozumiał, że musieli zadbać o jego bezpieczeństwo, ale bez przesady! Od czasu Smoleńska byli aż nadto ostrożni... Minęło sporo czasu, ale w końcu kapitan poinformował go, że są już w Budapeszcie. Feliks, mimo że jeszcze nie porozmawiał z przyjaciółką, odczuł ogromną ulgę. Na lotnisku czekał na niego szef Elizavetty. Przywitali się ciepło, z uśmiechami na twarzy. Został zaprowadzony prosto do gabinetu Węgierki. Wszedł do środka, czuł narastający lęk. Bał się jej o tym wszystkim opowiedzieć, wiedział jednak, że tylko jej może się wyżalić. Spojrzała na niego zza biurka i uśmiechnęła się ciepło. W tym momencie wiedział, że dobrze zrobił. Podszedł do biurka, nie odzywał się. Zauważyła, że coś jest nie tak, odłożyła papiery i spojrzała nań zaniepokojona.
— Feliks, wszystko w porządku? — Głos jej zadrżał. Łukasiewicz był jedną z najbliższych jej osób. Martwiła się o niego jak o brata. Feliks tylko łypną na nią spod grzywki i rozpłakał się. Od razu wstała i przytuliła go. Głaskała po włosach, uspokajała. Za to ją kochał, jak siostrzyczkę. Była podobna do Jadwigi, wiedział to. Pamiętał tamte czasy i wysoką blondynkę. Ze wszystkich, to on najbardziej rozpaczał po jej śmierci. Elka była podobna. Zawsze służyła mu rada, zawsze pocieszyła. Gdy odrobinę się uspokoił odsunęła się trochę. Mimo to nadal był w jej objęciach.
— Co się stało? — Jemu jakby coś utknęło w gardle. Nie mógł się wysłowić. Wyszeptał tylko jedno słowo... „Ludwig”, nic więcej... Liz zacisnęła pięści. Jeżeli Niemiec coś zrobił Feilksowi gorzko za to zapłaci!
— Czy on ci coś zrobił?
— Nie... — Mówił cicho. — My... — Nastała długa cisza, po której Łukasiewicz zaczął o wszystkim opowiadać. Nawijał jak katarynka, ale ona już do tego przywykła. Słuchała w ciszy, nie dając po sobie poznać co o tym wszystkim sądzi. Gdy skończył zaśmiała się ciepło i go przytuliła. Jakież problemy ma ten jej Feliks!
— Oj Feluś, Feluś... To ma być ten problem? — Zaśmiała się cicho. — Przecież... To nic takiego. Jeżeli go kochasz, a on kocha ciebie. - W tym momencie się wtrącił zaprzeczając by go kochał. Elizavetta spojrzała na niego swym wszystkowiedzącym wzrokiem i wymiękł. Zarumienił się i spuścił wzrok.
— Nadal jednak jest problem! — Wykrzyknął. Nie zrozumiała o co mu chodzi, więc wytłumaczył. - Nie wiem, co on do mnie czuje!
— Zapytaj. Przecież nic się nie stanie...
— Stanie się! Dowie się o moich uczuciach! — Elka pomyślała w tej chwili, że Feliks aż nadto się tym przejmuje. Cóż, ona mogłaby porozmawiać z Ludwigiem, ale... Nie, to nie wypada. Poza tym, Fele powinien od czasu do czasu zrobić coś sam. Poklepała go po głowie, uśmiechnęła się i powiedziała, że z niecierpliwością czeka na relację z rozmowy. Spuścił głowę, wiedział, że to jej ostateczna decyzja. Posiedzieli jeszcze trochę i pogawędzili. Gdy wychodził przytuliła go serdecznie, życzyła powodzenia i puściła do niego oko. Wiedziała, że wszystko skończy się dobrze.
Tymczasem Feliks pojechał do Szczecina. Tam bowiem przez kilka najbliższych dni miał urzędować Ludwig. Trząsł się ze strachu przed wejściem do jego pokoju. Mimo to zapukał. Usłyszał donośne „Werden!” więc wszedł. Nie patrzył na jego twarz, stał w drzwiach i nie mógł się ruszyć. Ludwig stał niewzruszony, jak zawsze. Odłożył jakąś książkę i spojrzał na Feliksa.
— Polen. Co cię do mnie sprowadza. — Mówił tak, jakby nic się nie stało. Felkowi łzy napłynęły do oczu. Czyżby to nic dla niego nie znaczyło? Spojrzał na jego twarz, jak zwykle nie wyrażającą ani jednej emocji. Czyli to tak? Spędził z nim noc ale ma go gdzieś? Felek wkurzył się nie na żarty.
— Generalnie, to mam cię dość! — Wydarł się i wybiegł z pokoju, wsiadł w samolot i odleciał. Gdy był z powrotem w Warszawie leżał na kanapie i płakał w poduszkę. Jak mógł być tak głupi i myśleć, że on może go kochać? Jak? Przecież to było niemożliwe! Leżał tak już bardzo długo, wtedy usłyszał pukanie do drzwi.
— Wynocha! — Nie chciał z nikim rozmawiać. Jednak pukanie nie ustało. Zastanawiał się, kto to może być. Może jego szef? Czyżby była jakaś ważna robota? Nie ważne! On teraz miał wszystko totalnie gdzieś, nic go nie obchodziło. Potrafił myśleć tylko o nim. Nie mógł przestać, nawet jak się starał. Co się dzieje, pytał siebie. Przecież tonie jest normalne!
— Polen, wiem, że tam jesteś. Otwieraj. — Z początku nie wierzył, że to właśnie on. Zamarł na chwilę, potem zaczął głośniej płakać. Co on tu robi? Znowu chce go pomęczyć? Rany, jak on go nienawidzi! I wtedy Niemcy powiedział coś, co go zaskoczyło.
— Otwieraj, albo wyważę drzwi do cholery. — Czyżby usłyszał drżenie jego głosu? Przecież to niemożliwe. Ludwig nie okazuje emocji. Mimo wszystko wstał i poszedł otworzyć. Wiedział, że Niemiec to chodzący posąg i jak zechce rozwali mu pół mieszkania. Otworzył i dopiero wtedy się skapnął jak wygląda. Zaryczany, z opuchniętymi oczami i potarganymi włosami. Siedem nieszczęść. Zawstydził się, a na jego twarzy pojawił się rumieniec. Nim zdążył jednak cokolwiek zrobić był już w ramionach Ludwiga. Znowu płakał, tym razem w koszulę szwaba. Nie wiedział co się dzieje. Czyżby... Czyżby właśnie Ludwig okazał uczucia?
— Polen do cholery, co to wszystko miało znaczyć? — Pytał swoim zwyczajnym głosem. Feliks przymknął oczy. Teraz albo nigdy.
— Kocham cię przeklęty szwabie. — Serce waliło mu szybko. Poczuł jak mięśnie Ludwiga się napinają. Oto chwila prawdy, zaraz zostanie odrzucony. To koniec, ośmieszył się. Generalnie, to już nie mam po co wychodzić z domu, myślał. Prawie znowu się poryczał. Jak to się wszystko mogło stać?
— Was? — Pytał po niemiecku. Nie wierzył własnym uszom. Feliks się zaśmiał. Nie miał już siły na płacz, do tego ogarnął o czarny humor.
— O nie. Nie powtórzę. — Zrobił nadąsaną minę. W chwilę później poczuł jego usta na swoich. To był lekki pocałunek. A mimo wszystko powiedział tak wiele. Łukasiewicz zarzucił mu ręce na szyję i wtulił w niego swoją twarz. Czuł się tak, jakby to był jakiś sen. Ludwig zaniósł go do jego sypialni, szepcząc „Ich Liebe dich” i całując coraz namiętniej. Tę noc spędzili razem, przytuleni do siebie.
Następnego ranka, gdy tylko Ludwig zmył się do Szczecina, bo już go wszędzie szukali, Feliks zadzwonił do Elżbietki. Miał jej tak wiele do powiedzenia. Opowiadał o wszystkim ze szczegółami. Nie pominął za co dostał ochrzan. Powinien przecież zachować coś w tajemnicy! Twierdziła Węgry. Mimo to słuchała. Po ponad czterogodzinnej rozmowie i wychwalaniu wszystkich przymiotów Niemiec Felek na chwilę zamilknął. Potem powiedział tylko jedno zdanie.
— No i wiesz Elżuniu, jestem ci totalnie wdzięczny. — Usłyszał śmiech w słuchawce. Elka cieszyła się, że jej przyjaciel jest szczęśliwy. Tylko na tym jej zależało. Pogratulowała mu i powiedziała, że nie może się doczekać jak do niej przyjadą. Rozłączyli się, a Łukasiewicz wrócił do pracy. Już dawno nie widziano go takim szczęśliwym i chętnym do roboty. Czyżby miłość miała na niego dobry wpływ?

Beziku, mam nadzieję, że Ci się spodoba :"D

środa, 22 czerwca 2011

Pierwszy dzień w domu Imperium Osmańskiego | APH fanfiction | TurHun


Próbowała zajść go od tyłu. Z tego powodu schowała się w jakiejś dziurze. Była cała poraniona, krew spływała jej po czole. W ręce trzymała miecz. Serce zawsze miała waleczne, lecz tym razem jakby jej go zabrakło. Chciała wygrać, chodziło tutaj o coś iście ważnego – jej niepodległość. Mimo to ciało odmówiło jej posłuszeństwa. Przymknęła lekko oczy, odetchnęła cicho. Nie była typową dziewczyną, właściwie… To uważała się za chłopca. Od zawsze tak było, chociaż ostatnio musiała zacząć zmieniać zdanie. Niechybnie jej ciało się zmieniało, stawało się… Kobiece. Przyprawiało ją to o złość. Niedługo nie będzie miała jak tego ukryć. Serce biło jej jak oszalałe, była zmęczona. Rzeczywiście stawała się coraz słabsza. Jest mocarstwem, ale nie ma wystarczająco dużo sił, by się bronić. Przeklęła cicho. Wyjrzała ze swej nory i zaczęła poszukiwać wzrokiem. Miała nadzieję, że gdzieś go znajdzie. Znajdzie i dorwie.
Tymczasem on bardzo dobrze wiedział, gdzie ona się ukryła. Uśmiech pojawił się na jego ustach. Tak, złapie ją, już wkrótce. Nie miał pojęcia, że jest dziewczyną. Chciał podbić jej ziemie, ot wszystko,  o co mu chodziło. Chciał być wielki, właściwie już był. Ale jeszcze było mu mało. Stał się potęgą , gnębił całą Europę. Teraz przyszła kolej na nią. Obserwował jak ciężko oddycha, jak wygląda w jego poszukiwaniach. Oblizał wargi i uśmiechnął się cynicznie. Ofiara, idealna. Zaszedł ją od tyłu, tak jak ona chciała to zrobić jemu. Czekał cierpliwie, aż wyjdzie ze swej nory. Niecierpliwił się, w końcu pokonanie Węgier to nie lada wyzwanie! A jemu przyszło to tak łatwo… Odrobinę się zawiódł, chociaż musiał przyznać, walczyła do końca.
Wychyliła się odrobinę. Czuła, że coś jest nie tak. Serce biło jej jak oszalałe, szukała choćby najmniejszego znaku, że on tu jest. Niestety nie widziała nic. Może dlatego, że krew spływała jej na oczy, a może po prostu zmęczenie mąciło jej wzrok. Otarła pot z czoła i wyczołgała się z kryjówki. Już miała wstać, gdy poczuła ból w plecach i jakiś ciężar nie pozwolił jej wstać. Przeklęła głośno i odwróciła twarz. Ujrzała go. Dumnego, śmiejącego się jej prosto w oczy. Siedział na niej okrakiem stopami przygniatając jej dłonie tak mocno, że aż wypuściła miecz. Starała się wyrwać, jednak nie miała szans. On był za silny, ona straciła wszystkie moce. Opadła bezwładnie na ziemie i spojrzała na niego nienawistnie.
— Jeszcze tego pożałujesz, Sadiq. — Powiedziała cicho, po czym zamilkła i dalej wpatrywała się w niego uporczywie.
— Chyba sobie żartujesz. — Zaśmiał się głośno. — To już twój koniec. Koniec wielkiego mocarstwa jakim były Węgry. Teraz należysz do mnie. — W odpowiedzi tylko splunęła w jego stronę. Niech wie, że ona nigdy nie podda się bez walki. Jeżeli sądził, że jedna wygrana oznacza, że będzie potulna jak baranek, bardzo się mylił. Przymknęła oczy, zabrakło jej sił. Zemdlała, nie zwracając uwagi na nic. Co z nią teraz będzie? Bóg jeden wiedział. Bóg? Ale jak Bóg mógł pozwolić, by taki poganin ją pokonał?
Ocknęła się w pięknie zdobionym muzułmańskim pokoiku. Usiadła na miękkim łóżku i rozejrzała się. Przez chwilę nie pamiętała co się stało, jednak szybko zdała sobie sprawę z tego, gdzie jest. Poderwała się szybko, jednak już moment później znowu siedziała na łożu. Zakręciło jej się w głowie, nie powinna była tak szybko wstawać. Wtedy zdała sobie sprawę, że ma rozpuszczone włosy. Były umyte, a ona była przebrana w jakąś długą, białą koszulę. W dotyku przypominała bawełnę. Chwilę myślała, co niestety w tej sytuacji przychodziło jej z trudem. Zamarła. Zdała sobie sprawę, że zapewne właśnie odkryto je prawdziwą tożsamość. W tym momencie wielkie drewniane drzwi otworzyły się z hukiem. Do środka wszedł on, Imperium Osmańskie. Największy wróg całej Europy. Popatrzył tylko na nią i uśmiechnął się ironicznie. Odwróciła wzrok.
— Czego chcesz? — Właściwie wypluła te słowa.
— Nono, spokojnie. Przypominam ci, że aktualnie znajdujesz się w moim domu. — Wypowiedział to szczególnie akceptując słowo „moim”. Podziałało. Siedziała cicho obserwując każdy jego ruch. — Czemu to ukrywasz?
— Niby co?
— To, że jesteś kobietą. — Zaśmiał się lekko. — Przecież nie da się tego długo ukrywać. — Odwróciła wzrok. Sama nie wiedziała. Spojrzał się na nią po czym podszedł bliżej. Łypnęła tylko na niego spode łba i odsunęła odrobinę.
— Gdybym wcześniej wiedział… Byłbym dla ciebie delikatniejszy. — Prychnęła.
— Właśnie dlatego. — Spojrzał na nią zdziwiony.
— Co?
— Właśnie dlatego, to ukrywam. By traktowano mnie na równi, a nie jako słabszą. — Uśmiechnął się lekko.
— Ach, głupia. Kobieta powinna być uległa i słaba. A nie walczyć i to jeszcze z mężczyznami. Powinna im usłu… — Nie skończył, bo mu przerwała.
— Jak dotąd udowodniłam, że wcale tak nie jest. — Burknęła. — Poza tym, niektórzy mężczyźni powinni się uczyć waleczności od kobiet. — Usiadł koło niej na łóżku. Spojrzał jej w oczy z odrobiną kpiny i złości. On już jej zaraz pokaże, gdzie jej miejsce! Ujrzała nagłą zmianę w jego spojrzeniu i odsunęła się dalej. Było jednak za późno. Już na niej leżał. Popatrzyła się na niego walecznie. Czyżby chciał się przepychać? No cóż, czuła się już lepiej i była pewna, że sobie poradzi. Jednak on nie zaczął się szarpać. Pochylił głowę nad jej szyją i przemówił cicho.
— Pokażę ci, do czego są potrzebne kobiety. — Nim się spostrzegła jego dłoń wślizgnęła się pod jej szatę. Językiem natomiast wodził po jej szyi. Zarumieniła się lekko i próbowała go odepchnąć. Siły jej jednak nie wróciły, bowiem nic nie wskórała. Poczuła jego męską dłoń pod swoją bielizną i pisnęła cicho. Tego już było za wiele, co on sobie wyobraża?!
— S-Sadiq… — Szeptała. — D-daj spokój… — On jednak nic sobie z jej słów nie robił. Zsunął z niej bieliznę po czym nie przestając całować jej szyi, wsunął w nią dwa place. Elka starała się nie wydawać dźwięków, nie reagować. Chciała być po prostu zimną kłodą, by nie dawać mu satysfakcji. Nie wytrzymała jednak długo, już po chwili zaczęła cicho jęczeć. Zacisnęła dłonie na ramionach mężczyzny i klnąc na niego siarczyście w myślach oddała się jego pieszczotom. W pewnym momencie wyjął z niej palce i uśmiechnął się do niej wrednie. Nie spodobało jej się to. Błysk w jego oku oznaczał tylko dalsze upokorzenia. Nie myliła się, bowiem chwilę później był w niej. Poczuła lekki ból, ku jej zdziwieniu Sadiq okazał się dużo większy niż Feliks. Właśnie, Felek! Przypomniała sobie ich pierwszy raz. Wyglądał zupełnie inaczej niż to. Było przyjemnie, miło, nikt nikogo nie zmuszał… W czasie jej rozmyślań Turek zaczął poruszać się coraz szybciej. Nie powstrzymała się, jęknęła kilka razy. Spojrzała na niego z nienawiścią na co on się tylko uśmiechnął. Przyspieszył, ona przymknęła oczy. Ku swej złości zaczęła odczuwać przyjemność. Przeklęła cicho, chwilę później doszła, a on wraz z nią.
 Szybko odwróciła twarz zakrywając ją włosami. Nie chciała mu się pokazać dopiero po tym co zaszło. On jednak nie darował sobie tego widoku. Odgarnął włosy i wziął jej twarz do ręki. Spojrzał dziewczynie prosto w oczy i zaśmiał się cicho.
— Już wiesz, gdzie jest twoje miejsce? — Odpowiedziała mu spojrzeniem, w którym czaiły się łzy. Domyślił się, że załapała. Pocałował ją nachalnie, wręcz brutalnie i wyszedł. Leżała tak jeszcze przez jakiś czas dając upust emocjom. Popłakała się pierwszy z niewielu razy w swoim życiu. Było to bowiem upokorzenie jakiego jeszcze nie doznała. Ba, był to początek masy upokorzeń, jakie ją jeszcze czekały.
Ale nie była sama. Jej towarzyszem okazał się Grecja. Oboje mieszkali w domu Imperium Osmańskiego i oboje byli podobnie traktowani. Tyle, że do Heraklesa nikt nie przychodził w nocy i nie gwałcił. Z czasem jednak Elizavetta się do tego przyzwyczaiła i przestała przejmować. Przyjęła do wiadomości, że jest tylko zabawką. I wiecie co? Po pewnym czasie polubiła nawet swojego prześladowcę. Chociaż owszem, marzyć o wolności nigdy nie przestała…

Hahaha @@" Turku to przez Ciebie! <333 *kocha tego opka mimo, że jej nie wyszedł*

wtorek, 21 czerwca 2011

GerPol | APH fanfiction


Dzień chylił się ku końcowi. Zza Pałacu Kultury widać było promienie słońca, zapewne ostatnie tego dnia. Feliks patrzył na to przez okno swojego mieszkania. Podrapał się po głowie i westchnął ciężko. Cóż, jutro czeka go ciężki dzień. Chyba powinien się już powoli szykować do snu. Poszedł więc do łazienki, nalał wody do wanny i rozebrał się. Siedział tak i myślał. O czym? Ach, no zapewne o przyczynie jutrzejszego zamieszania. Mijało bowiem dwadzieścia lat, odkąd podpisał z Ludwigiem traktat o przyjaznej współpracy. Tsa, współpraca, myślał Felek, z Ludwigiem to się totalnie nie da. Kiedy już był wymyty, pachnący i przebrany w piżamkę położył się do łóżka. Nie musiał długo się męczyć, bo praktycznie od razu zasnął. Tym razem nie śniły mu się urocze, różowe kucyki tylko ponura twarz Westa…
Ale zaraz! Ona wcale nie jest taka ponura! Feliks podszedł do niego i spojrzał mu w oczy zadzierając wysoko łepek.
— Generalnie, to z czego się śmiejesz? — Zapytał zaczepnie. Położył dłonie na biodrach i spojrzał na niego z wyższością, co jednak było trudne. Nie to, żeby Łukasiewicz był kurduplem… Ludwig spojrzał tylko na niego i poklepał go po głowie niczym Rosja Łotwę. Wywołało to bunt Polski, jednak i w tym przypadku Niemiec się nie odezwał.
— Ludwig! — Darł się na całe gardło Feluś. — Nie to, żeby mi się to totalnie nie podobało, ale… PRZESTAŃ! — Także i tym razem nie wywołało to żadnej reakcji. Łukasiewicz zaczął się zastanawiać co stało się Niemcowi. Przecież nigdy się tak nie zachowywał! Gdy jego ręka znów dotknęła blond włosków Polaka ten tylko ją chwycił i spojrzał mu w oczy. Widząc jednak spojrzenie Ludwiga szybko odwrócił wzrok rumieniąc się lekko. Co się dzieje? Pytał się w myślach. Jednak nim zdążył się porządnie nad tym zastanowić twarz Niemca była już przy jego twarzy.
— Co… — Urwał, gdyż poczuł na swoich ustach wargi Ludwiga. Otworzył ze zdziwienia oczy. Nie miał siły się wyrywać, choć to chodziło mu po głowie.
I wtedy się obudził. Słońce było już wysoko nad horyzontem. Całą twarz miał pokrytą rumieńcem, dłonią zakrywał usta. Co za przeklęty sen! Totalnie nie fajny! Wstał szybko i poszedł do łazienki. Zimny prysznic przywróci mnie do porządku, mówił w myślach. Gdy wyszedł ubrany w białą koszulę i czarne spodnie spojrzał na zegarek. Oho, trzeba już wyjść! Tak też zrobił. Podczas drogi wpadł na kilka osób, toteż już całkowicie zapomniał o swoim śnie.
Na miejsce dotarł równo o czasie. Dyszał lekko ale uśmiechał się radośnie do wszystkich. Rozejrzał się po gościach. Ujrzał Elżbietkę i od razu się rozpromienił. To miłe, że przyszła na to święto, mimo że jej nie dotyczyło. Za to właśnie ją uwielbiał, zawsze wiedziała, kiedy będzie potrzebował jej wsparcia. Podszedł do niej i uściskał mocno.  I wtedy zaczął się rozglądać w poszukiwaniu Niemca. Czyżby jeszcze go nie było? To wręcz do niego nie podobne. Zawsze zjawiał się pierwszy.
— Eluś, kochana widziałaś…
— Tak, był tutaj. — Od razu wiedziała o co mu chodziło. — Ale zniknął na chwilę. Pewnie zaraz wróci. – Felek tylko kiwnął głową i powrócił do rozmowy z przyjaciółką. W momencie, w którym się śmiał ujrzał zmianę wyrazu twarzy Węgierki. Od razu się odwrócił i wpadł twarzą w potężny tors Niemiec.
— Lu-Ludwig. Miło cię widzieć… — Wymamrotał spoglądając w górę. Ten tylko kiwnął mu głową i wymamrotał, że chyba czas zaczynać.
— A, tak! To ja lecę Eluś, miło, że przyszłaś. — Uśmiechnął się do niej i wraz z Niemcem skierował się na scenę. Tam czekali na nich już ich szefowie. Szopkę czas zacząć, burknął niedosłyszalnie.
Po dobrych kilku godzinach na reszcie skończyli. Łukasiewicz był wykończony. Nigdy nie lubił takich spędów, udawania. Poza tym, był dosyć nieśmiały, a masa nieznanych ludzi wcale nie działała na niego uspokajająco. Stał tak, jak ta ciota przytrzymując się ściany i burcząc coś na swojego szefa. Przyglądał mu się Niemiec. W pewnym momencie Felek poczuł czyjąś dłoń na plecach. Gdy się odwrócił na twarzy wymalowało mu się zdziwienie. Spodziewał się wielu osób, ale nie jego.
— Eeee, Ludwig?
— Wszystko w porządku? Nie wyglądasz najlepiej. — Zapytał. Felek mógłby przysiąc, że w jego głosie słychać było zmartwienie. Ale… Czy to na pewno Niemiec? Bo przecież, on nigdy się tak nie zachowywał!
— W-w porządku… Po prostu się zmęczyłem. Totalnie. — Odpowiedział cicho, starając się nie patrzeć na twarz Germana. Ten tylko złapał go za ramię i popchnął lekko.
— Odprowadzę cię. Nie powinieneś szlajać się sam w takim stanie. — Felek zastanawiał się o jaki stan mu chodzi. Owszem był odrobinę zmęczony. Do tego, nie ukrywając, polskim zwyczajem wypił kilka głębszych… Ale przecież nic mu nie było! Poza tym, nawet jeśli, to generalnie nie sprawa tego chędożonego Germańca! Ale zabrakło mu sił by się sprzeciwić. Pokazywał Ludwigowi drogę, a ten podtrzymywał go dyskretnie. Feliksowi zdawało się, że idzie o własnych siłach, prawda była zupełnie inna…
Gdy doszli Felek ledwo otworzył drzwi. Wgramolił się do środka burcząc do Ludwiga, by wszedł i się rozgościł. Sam opadł na kanapę i przytulił się do poduszki. Niemiec tylko westchnął i popatrzył z politowaniem na Łukasiewicza.
— Jak ty przetrwałeś te wszystkie stulecia to ja nie wiem. — Powiedział spokojnie, acz nie bez ironii.
— Przetrwałem, bo jestem zajebisty. — Burknął spoglądając na niego. W tym momencie przypomniał mu się jego dzisiejszy sen. Zarumienił się i odwrócił twarz. Na szczęcie Ludwig niczego nie zauważył. Spoglądał tylko na niego z góry.
— Rozbierz się.
— C-co? — Felek otworzył szeroko oczy.
— No… Chyba nie będziesz spał w ciuchach… — Felek zarumienił się jeszcze bardziej ze wstydu. Cóż, nie ładne rzeczy chodzą mu po głowie! Oj, nieładne…
— R-racja… — Był jednak zbyt zmęczony by dać sobie samemu radę. Szamotał się tylko na kanapie i nic nie wskórał. Niemcowi zrobiło się go żal, więc postanowił mu pomóc. Podszedł do niego i zaczął rozpinać mu koszulę. Felek chciał już mu wytknąć, że sobie nie życzy, jednak się powstrzymał. Odwrócił wzrok, by nie patrzeć na jego twarz. Po chwili był już bez koszuli.
— D-dzięki.
— Nie ma za co. — Niemiec zabrał się za jego spodnie. Twarz Łukasiewicza płonęła, ale nic nie mówił. Ludwig postawił go do pozycji siedzącej i ściągnął mu gacie do końca. Spojrzał na niego, lustrując od góry do dołu. W jednym momencie złapał Felka za brodę i przysunął do swojej twarzy. Nim Felek się zorientował był całowany przez Niemca. Czuł się jak we śnie. Przez chwilę patrzył się otępiałym wzrokiem, potem jednak przymknął oczy i poddał się pocałunkom Ludwiga. Sam nie wiedział czemu, byli przecież zaciętymi wrogami. Nie zmieniały tego najróżniejsze traktaty, umowy i cholera wie co jeszcze. A tymczasem… Właśnie się całowali… W pewnym momencie poczuł na swoim udzie silną dłoń Germana. Zrobiło mu się gorąco, zarzucił ręce na jego szyję i pociągnął na siebie samemu kładąc się na kanapie. Tymczasem Ludwig oderwał się od jego ust i zaczął całować szyję, klatkę piersiową. W tym samym czasie zaczął rozpinać sobie koszulę, zdejmować ją i spodnie. Kiedy obaj byli tylko w bieliźnie zaczął całować felkową szyję ręką dotykając jego męskości. Feliks tylko cicho jęknął, jego twarz była już cała czerwona, ledwo oddychał. Nadal obejmował Niemca za szyję, jednocześnie walcząc ze sobą w myślach. Chciał go odepchnąć, jak najdalej od siebie. Jednocześnie czuł się za dobrze, by to przerywać. Nieśmiało odwzajemnił pocałunek Ludwiga, co zostało przez niego uznane za zgodę na więcej.  Nim Felek zdążył pomyśleć Niemiec już ściągnął z niego bieliznę. Zarumienił się bardziej, o ile to w ogóle możliwe. W jednej chwili poczuł się świetnie, dotyk Ludwiga sprawiał mu ogromną przyjemność. Oczywiście Felek w życiu by się do tego nie przyznał, toteż udawał, że jest mu to obojętne. Nie wytrzymał jednak długo, gdyż cichy jęk wydobył się z jego ust. Po chwili jęczał już całkiem głośno. Beilschmidt puścił jego penisa i przekręcił go na brzuch. Palcami ściskając jego sutki  wszedł w niego powoli. Feliks myślał, ze umrze z bólu, serio. Najpierw poczuł ogromny napór, łzy popłynęły z jego oczu. Potem, stopniowo przyzwyczajał się do sytuacji. Po kilku sprawnych ruchach Ludwiga zrobiło mu się przyjemnie, choć nadal odczuwał ból. Niemcy poruszał się w nim coraz szybciej i szybciej, sprawiając przyjemność i sobie i Feliksowi.
— Lu…dwig… — Polak jęknął w chwili, w której osiągnął spełnienie. Chwilę po tym poczuł spływającą ciecz, więc wywnioskował, że Niemiec również doszedł. Obaj dyszeli bardzo głośno.

— T-totalnie cię nienawidzę. — Łukasiewicz ledwo wypowiedział te słowa. Twarz miał całą zarumienioną, na policzkach ślady łez.  Beilschmidt potargał go tylko lekko po czym wstał i się ubrał. Spojrzał na niego po raz ostatni i wyszedł. Felek w tym czasie zasnął, myśląc o tym, że właśnie skłamał. Może przy następnym spotkaniu będzie z nim szczery...

Dla mojego kochanego Bezika <33