Pokazywanie postów oznaczonych etykietą królestwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą królestwo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 czerwca 2013

Virtual Kingdom - Rozdział trzeci.

  Gwar w Herbaciarni zdawał się rozsadzać uszy każdego, kto tylko do niej wszedł. Słońce świeciło mocno, ogrzewając wnętrze niezwykłego budynku. Było już po południu, więc część ludzi zaczęła powoli zbierać się do domów. Tymczasem dwójka z nich siedziała, jak gdyby nigdy nic, obok siebie, milcząc. Nie znali się, lecz zbieg okoliczności sprawił, że zajęli takie właśnie miejsca. Dla obojga spotkanie to zdawało się być specyficzne i dosyć kluczowe w ich życiach, choć jeszcze nie do końca zdawali sobie z tego sprawy. Mężczyzna kątem oka przyglądał się delikatnej twarzy kobiety i uśmiechał pod nosem. Oczarowała go w momencie, w którym wypowiedziała pierwszą sylabę słowa, będącego tylko częścią całego zdania skierowanego do niego. Z początku jedyne, co w niej widział to piękne, lśniące życiem oczy. Tak bardzo podobne do jego, choć jemu brakowało tego błysku zadowolenia. Potem jednak dostrzegł całą jej twarz, posturę i zdał sobie sprawę, że żadna kobieta w jego życiu, nie zadziałała na niego równie mocno, co ta nieznajoma.
Ona tymczasem spoglądała na niego nieśmiało, lekko uśmiechając się i dłonią zakrywając usta. Najpierw zauważyła, iż ubrany był dużo dostojniej niż nie jeden arystokrata. Potem ujrzała lśniącą w świetle słońca broszkę z wygrawerowanym herbem Lwów. Zareagowała automatycznie, czując, że ta znajomość może doprowadzić do spełnienia jej marzeń. I choć nie odzywali się do siebie przez dłuższą chwilę, czuli napięcie jakie pomiędzy nimi się wytworzyło. Dopiero gdy Herbaciarka przyniosła jej herbatę, a serce uspokoiło się odrobinę, zdołała przyjrzeć się jego twarzy. Wbrew samej sobie musiała przyznać, że równie przystojnego mężczyzny można by szukać w całym królestwie, a rezultat byłby raczej marny. Nie mogła jednak o tym myśleć, bo na cóż jej wychwalanie jego urody? Był jej potrzebny do czegoś innego.
Plan wymyśliła w momencie, w którym dostrzegła znak jego rodu. Nie znała jeszcze szczegółów, ale wiedziała, że zaprowadzi ją to dokądś i być może pomoże ruszyć plany zdobycia królestwa. Bo w obecnej chwili tylko to się dla niej liczyło. On tymczasem zastanawiał się, jak podejść dziewczynę, by stała się jego. Nigdy nie miał z tym problemów, lecz dobrze wiedział, że każda kobieta była inna. Metod flirtowania było wiele i nie wszystkie trafiały w każde serce.
- Dużo tutaj dziś ludzi, nieprawdaż? - Uratowała go nieznajoma, sama zaczynając rozmowę. Dodało mu to pewności siebie. Wiedział bowiem, że gdyby nie była nim zainteresowana, nie odezwałaby się do niego.
- Cóż, sam zastanawiam się czemu. Choć nie bywam tu zbyt często. - Uśmiechnął się szeroko, odrobinę nieśmiało, tym swoim uśmiechem rozbrajającym każde kobiece serce. - Nazywam się Nataniel... Nataniel Wrath. Do usług. - Skłonił lekko głowę, w myślach przeklinając się za kłamstwo, jakie wyszło z jego ust. Nie mógł jednak podać swojego prawdziwego nazwiska, gdyż za wszelką cenę musiał zachować anonimowość. A przynajmniej jej część. - Czy mógłbym poznać panienki imię?
- Cecylia. - Powiedziała śmiejąc się pod nosem. Wszystko było grą, a przynajmniej tak sobie wmawiała. Dobrze wiedziała, że pogrywa z ogniem. - Cecylia Luparie. - Nie zamierzała ukrywać swojego nazwiska, zwłaszcza, że żaden Irys z jej gałęzi rodu nigdy nie był popularny. Skąd więc zwykły szlachcic miałby coś o nich wiedzieć? Na jej szczęście, Nataniel w ogóle nie należał do tych, co to byli zorientowani w nazwiskach i twarzach arystokracji. Bo kto wie, czy gdyby tak było, ich znajomość nie zakończyłaby się właśnie w tym momencie?
- Piękne imię, Cecylio. - Odstawił filiżankę w całości zajmując się nowo poznaną kobietą. Ona tymczasem spoglądała na niego zachęcająco. W myślach testowała tysiące scenariuszy, jakie mogłyby się ziścić dzisiejszego dnia. Który z nich był dla niej najbardziej korzystny? Na pewno ten, w którym dzięki przystojnemu blondynowi mogłaby dobrać się do skóry króla. Jego strój, ani trochę nie zniszczony, czysty i wykonany z najdroższych materiałów zdawał się krzyczeć "jestem kimś ważnym!". Cecylia sądziła, że jej nowy towarzysz na pewno osobiście zna króla.
- A dziękuję. - Jednym ruchem ręki zamówiła kolejną herbatę, przygotowując się na dłuższą rozmowę. - Twoje również jest niczego sobie. Choć zapewne wielu ludzi zwraca uwagę, iż nazywasz się tak samo, jak nasz król. - Powiedziała starając się nie dawać po sobie znać, w jak głębokim niepoważaniu ma postać władcy.
- Owszem, owszem. - Zaśmiał się odrobinę sztucznie, choć ona tego nie wyczuła. Patrząc na nią zastanawiał się, dlaczego nie poznał jej wcześniej. Strój wskazywał na kogoś więcej niż zwykłego mieszkańca stolicy. Według niego mogła być tylko szlachcianką. - Powiedz, pochodzisz z Enthernet?
- Owszem, tak samo jak cała moja rodzina. - Odparła krótko, nie zwracając uwagi na niepewność, jaka pojawiła się w jego oczach. Niepostrzeżenie przebiegł wzrokiem po jej ubraniach, szukając herbu rodu, z którego pochodziła. Zamożnych bowiem było w królestwie wielu, ale tylko Irysy i Lwy były prawdziwą szlachtą. Tylko oni mieli swoje znaki charakterystyczne i to jednego z nich szukał Nataniel.
- Ach, więc jakim cudem nie spotkaliśmy się wcześniej? - Zagadał do niej, nie odrywając wzroku od jej sukni. Na jego szczęście, Cecylia przyzwyczajona była do tego, iż mężczyźni jej się przyglądali. Jedni bardziej, drudzy mniej dyskretnie. Zdarzało się to jednak na tyle często, że dziewczyna przestała zawracać sobie tym głowę.
- Być może dlatego, że Romar jest duże? - Zaśmiała się cicho. Granie głupiutkiej szło jej całkiem nieźle, choć zdecydowanie wolała być sobą. Sporadycznie jednak mogła sobie na to pozwolić.
- Racja. Sam z resztą nie często pojawiam się na ulicach i w miejscach takich jak to. - Powiedział powstrzymując jęk, jaki cisnął mu się na usta, gdy znalazł to, czego szukał. Na sukni kobiety, tuż przy dekolcie znajdował się wyhaftowany, średniej wielkości irys. A więc wiedział już z kim ma do czynienia. A przynajmniej tak sądził.
Przez chwilę się zawahał, jakby chciał zrezygnować. Niebezpiecznie bowiem było zadawać się z Irysami, gdy należało się do rodu Lwów. Zastanawiał się, czy nie zauważyła jego broszki, wtedy mógłby grać dalej. Z drugiej strony, dziewczę samo do niego lgnęło, więc może należało do tej części rodu, która mu sympatyzowała? Marianne opowiadała mu tysiące razy o swojej kuzynce i ludziach stojących za nią. Mówiła, że to krwiożercze bestie, które nigdy nie ukrywają swojej niechęci. Czy więc przeurocza Cecylia byłaby w stanie tak ładnie się do niego uśmiechać? Ach, naiwność Nataniela! Tak bardzo zmylony przez anielską powierzchowność panienki Luparie wydał na siebie wyrok, nim zdał sobie z tego sprawę. Uśmiechnął się odrobinę pewniej i postanowił flirtować dalej. Kobieta ta zaintrygowała go wystarczająco, by poświęcić jej chwilę. Wątpił także w to, by należała do grona łatwych panienek, które mógł zdobyć w pięć minut. O nie, z nią zapewne będzie musiał się postarać!
- Naprawdę? Pewnie całymi dniami przesiadujesz na zamku.
- Skąd wiedziałaś? - Zaskoczony powiedział, zanim cokolwiek pomyślał. Ona tymczasem się zaśmiała.
- Twój strój. Zdecydowanie nie należysz do zwykłej szlachty. Tak ubierać mogą się tylko członkowie rodziny królewskiej. Zapewne wiele razy spotkałeś samego króla. - Powiedziała na chwilę przestając udawać naiwną, głupiutką dziewczynę. Spojrzała na niego przeszywająco, jakby chciała zobaczyć jego reakcję. Zmieszał się, podrapał po głowie i zaśmiał nerwowo.
- Cóż, masz mnie Cecylio. Chociaż starałem się dobrać strój jak najlepiej, by nikt nie zwracał na mnie uwagi. Owszem, znam króla... bardzo dobrze. - Westchnął cicho, a w myślach przeklinał się. Choć w sumie, nie do końca wiedział za co. Czyżby zirytowało go to, że prawie został zdemaskowany? Ale, ale! Skoro domyśliła się, że pochodził z rodziny królewskiej, na pewno zauważyła lwa wygrawerowanego na broszce.
- Coś się stało? - Zapytała popijając herbatę, którą doniosła jej herbaciarka. - Nie wyglądasz najlepiej Natanielu. Czyżbyś nie chciał zdradzać swojego pochodzenia?
- Nie to nie... - Zamilkł. Postanowił być choć trochę szczery, bo wyglądało na to, że ona i tak wszystkiego się domyśli. - Cóż, gdy zobaczyłem irysa na twojej sukni, stwierdziłem, że może lepiej będzie, jeżeli nie dowiesz się kim jestem, Cecylio.
- Widziałam herb twojego rodu prawie od początku, co jednak nie przeszkodziło mi w rozmowie z tobą. Mnie nie musisz się obawiać. - Zaśmiała się w myślach. Takie kłamstwo nie wyszło z jej ust od bardzo dawna. On jednak zdawał się nie wyczuwać podstępu. Uśmiechnął się promiennie, lecz nadal zdawał się być odrobinę onieśmielony. Sprawiło to, że Cecylia na moment straciła koncentrację i zarumieniła się lekko. Czar przystojnego Lwa dopiero zaczynał na nią działać. Pierwszy raz w życiu Cecylia stanęła przed sytuacją, w której flirt mógł okazać się dla niej niebezpieczny. - Więc... Jak to jest, znać króla? - Zapytała głosem cichym, spokojnym, ale i zaciekawionym. W sumie, chciała wiedzieć, co o nim sądził.
- Króla mówisz? - Zamyślił się. I co jej teraz miał powiedzieć? "Właściwie, to nie wiem, bo sam nim jestem?". Nie ma mowy! Musiał wymyślić coś, co nie wzbudzi podejrzeń. - Jak dla mnie to całkiem normalne. Znam go od urodzenia. Prawie. - Kłamstwa zdawały się zadawać mu ciosy, lecz nie mógł ich przerwać.
- Znałeś się z nim jako dziecko? Więc musisz być jego bliskim krewnym. - Zaśmiała się w myślach. Lepiej trafić nie mogła!
- O-owszem. - Zająknął się. - Ale wiesz, nie rozmawiamy prawie w ogóle. Król jest zajęty swoimi sprawami, a ja bywam najbliżej niego tylko na spotkaniach rady. Potem każdy z nas idzie w swoją stornę. - Czuł, że spali się za to w piekle, ale wiedział, że nie ma innego wyboru.
- Rozumiem... - Spojrzała na prawie pustą filiżankę i zaczęła myśleć. On w tym czasie próbował się wytłumaczyć.
- Ale na samych naradach też nie pojawiam się za często. Nudzą mnie te całe zgromadzenia, ta cała sztuczność jaka tam panuje. - Było w tym sporo prawdy. Nataniel prawie nigdy nie bywał na spotkaniach starszyzny, bo po prostu ich nie lubił.
- Jaki jest król? - Cecylia zadała to pytanie całkowicie świadomie, grając wielce zasmuconą. On bardzo się zdziwił i przez chwilę nic nie mówił. - Wiesz, zawsze zastanawiałam się, jaki on jest. Wersja, której części mojego rodu jest prawdziwa?
- Cóż, nie wiem, jakie są wersje... - Spojrzał na nią i zrobiło mu się jej żal. Ani przez chwilę nie przyszło mu na myśl, że to podstęp. Widział przed sobą bardzo smutną, nie wiedzącą co myśleć dziewczynę. Ukazało mu to obraz Irysów, jako klanu bardzo rozszczepionego. - Ale król chyba nie jest taki zły.
- Moi krewni twierdzą, że to leń i kobieciarz. Podobno nie robi nic, poza oglądaniem się za spódnicami.
- No wiesz...  - Zawstydził się. Miała rację i to go bolało. Chciał przed nią być najlepszym mężczyzną, królem na świecie. - Masz pewnie dużo racji. Ale czasami widać, że się stara...
- Czasami to za mało, nie sądzisz?
- Owszem. A jaki według ciebie powinien być nasz król?
- Jaki? - Zdziwiło ją to pytanie. Z resztą, cała rozmowa wydała jej się dziwna. Sądziła, że jako Lew powinien w stu procentach bronić władcy, a on tymczasem przyznawał jej rację. I jeszcze pytał o jej zdanie! - Według mnie powinien bardziej zwracać uwagę na to, co dzieje się w królestwie. Bieda, złodziejstwo, smoki... To tylko część problemów z jakimi borykają się mieszkańcy. Ale król zdaje się nic o tym nie wiedzieć. Nawet mój ród, choć należy do szlachty ma problemy. Ale my nie mamy prawa głosu w tym królestwie. Enthernet należy do Lwów i każda nasza skarga jest ignorowana. Tak dzieje się od lat. - Na to wszystko Nataniel tylko westchnął. Przymknął oczy i poczuł się żałośnie. Nawet kobieta wiedziała lepiej jak powinno się rządzić królestwem. Cecylia wyczuła jego zmieszanie i postanowiła zmienić temat. Nie chciała wchodzić z nim w dysputy polityczne, gdyż mogło ich to poróżnić. A jej zależało na utrzymaniu kontaktu z nim jak najdłużej.
- Nie rozmawiajmy o tym. Nasze rody właśnie przez takie tematy nie potrafią się ze sobą porozumieć. - Kiwnął potakująco głową. Przez chwilę zapanowała pomiędzy nimi dosyć nieprzyjemna cisza, podczas której każde z nich zdawało się znajdować w innym świecie.
Blondyn myślał przede wszystkim o tym, jak żałośnie czuł się w tej chwili. Dziewczyna natomiast szukała jakiegoś neutralnego tematu, coby nie spłoszyć go jeszcze bardziej. Nic jednak nie przychodziło jej na myśl, więc westchnęła tylko. Wtedy zorientowała się, iż słońce zaczęło już zachodzić. Ciężki, a zarazem pełen wrażeń dzień dążył ku końcowi. Zastanawiała się więc, co przyniesie następny. Szybko jednak wróciła myślami do teraźniejszości, wiedząc bardzo dobrze, iż jeżeli nie przekona do siebie blondyna, jej plan może nigdy nie dojść do skutku.

***
Cisza. W całej posiadłości słychać było jedynie oddechy dwójki mieszkających tam ludzi. Wielu członków rodu zastanawiało się, dlaczego Marianne mieszka sama, ona jednak nigdy nie odpowiadała na to pytanie. Prawdę znał tylko Drazel, który co noc słyszał krzyki, jakie dochodziły z jej pokoju. Z początku nie rozumiał tego, co się działo, z biegiem lat jednak zaczął akceptować to i starać się jak najbardziej załagodzić koszmary, które męczyły jego panią. Zdawało się, że tylko ona wie, czemu nie może się ich pozbyć od dnia, w którym została głową rodu. Na co dzień wydawała się wesołą, pewną siebie młodą kobietą, lecz wewnątrz była krucha. Byle podmuch wiatru mógł ją pokonać, choć nigdy by się do tego nie przyznała.
Blondynka patrzyła na podwórze przez okno, wzdychając co jakiś czas. Była smutna, jak każdy Irys w tym momencie. Wiele pytań pojawiało się w jej głowie i na żadne z nich nikt nie potrafił odpowiedzieć. Wybrała życie pełne poświęceń i ponosiła tego konsekwencje, chociaż nigdy nie dopuściła do siebie myśli, iż mogłoby być inaczej. Choć nieraz zbierało jej się na płacz i żal, ani razu nie pozwoliła sobie na chwilę słabości. Jej towarzysz patrzył na to z kamiennym wyrazem twarzy, choć ona dobrze wiedziała, iż podzielał jej ból. Nie rozumiała do końca, dlaczego tak było. Mimo to, więź która między nimi wytworzyła się przez tyle lat dawała o sobie znać. Byli najlepszymi przyjaciółmi, choć dzieliło ich spora różnica wieku.
Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk zbliżających się kroków i otwieranych drzwi. Automatycznie odwróciła głowę, by spojrzeć na pełną blizn twarz jedynego towarzysza, który wiedział o niej wszystko. Uśmiechnęła się lekko, choć w oczach czaiły się łzy. On natomiast podszedł do niej i na stoliku postawił filiżankę pełną gorącej herbaty. Dotknął dłonią jej głowy i delikatnie po niej pogłaskał.
- Jak się czujesz, księżniczko? - Zapytał cicho, maskując swoją własną niepewność.
- A jak mam się czuć? - Odpowiedziała pytaniem na pytanie i westchnęła. - Nie mam pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. - Schowała głowę w dłoniach i pierwszy raz od bardzo dawna Drazel ujrzał ją w tak złym stanie. Kleknął przy niej i złapał za nadgarstki.
- Księżniczko, nie możesz się tym martwić. Musisz być silna i dawać przykład całemu rodowi. Pomyśl, co zrobi Cecylia, jeżeli wychwyci twoje wątpliwości? - Na te słowa Marianne drgnęła. Wspomnienie kuzynki najbardziej ze wszystkich działało na nią motywująco.
- Masz rację Drazelu. Moja pozycja wymaga ode mnie odpowiedzialności. Mam tylko nadzieję, iż Nataniel poradzi sobie z tą sytuacją. Jako król stanął właśnie przed nie lada wyborem.
- To jego największa próba. Jeżeli zawiedzie, sądzę, że większość naszego rodu zmieni stronę. - Smutny głos strażnika zdawał się łamać serce Marianne. Słowa, jakie wypowiedział również godziły w jej marzenia. Tak bardzo chciała razem z Natanielem stworzyć królestwo, które okazałoby się idealnym miejscem i dla Lwów i dla Irysów. Miała dosyć tych ciągłych walk, obwiniania się nawzajem o wszystko i ciągłego przelewu krwi.
Do tego wszystkiego dochodził jeszcze domniemany smok. Nikt nie był pewien, czy to na pewno on. Sama Marianne wolała jego niż kolejne potyczki klanowe, dlatego chwyciła się tej teorii jak tonący brzytwy. Z resztą, dopiero teraz zdała sobie tak naprawdę sprawę z tego, jak niepewna przyszłość ją czeka. Miała wziąć ślub z królem. Z Natanielem, którego tak bardzo kochała. Miała jednak wrażenie, iż jej uczucia są całkowicie jednostronne i wiedziała, że będzie przez to cierpieć. Mimo to, nie zamierzała się wycofać. Jeżeli jemu to nei przeszkadzało, nie mogła oponować. Nie pierwszy raz będzie rezygnować z normalnego życia w szczęściu dla dobra rodziny. Dla dobra najbliższych jej ludzi.
Ciszę jaka ponownie między nimi zapadła przerwało ciche stukanie w szybę. Słońce zachodziło już od dłuższego czasu, gdy nad Romar rozpostarły się ciemne chmury zwiastujące ulewę. Nie było w tym nic dziwnego, bowiem lato zbliżało się ku końcowi. Niebawem zamieni się ono w jesień, której Marianne tak bardzo nienawidziła. To właśnie ta pora roku zdawała jej się najsmutniejszą i wieszczącą największe nieszczęścia. Jak będzie tym razem? Nie miała pojęcia, lecz coś wewnątrz niej zadrżało na samą myśl. Szykowało się coś niedobrego, czuła to w kościach.
Westchnęła cicho i wyciągnęła rękę po herbatę, która zaczęła już stygnąć. Pijąc z pięknie zdobionej, bardzo drogiej filiżanki rozmyślała nad tym, jak powinna się zachować. Do niczego twórczego jednak nie doszła, zgadzając się ze swoim poprzednim postanowieniem. Codziennie będzie chodzić na rady królewskie i zdobędzie odpowiednie informacje. Potem przekaże to wszystko swojej rodzinie. Jak najdelikatniej, żeby nie wzbudzać buntów. Musi przedstawić Nataniela w jak najlepszym świetle, tylko to uchroni ich przed rewolucją. W myślach modliła się o to, by młody Lew okazał się być naprawdę godnym bycia królem i udowodnił wszystkim niedowiarkom swoją wartość. Drazel w tym czasie wyszedł z komnaty, choć Marianne nawet tego nie dostrzegła.

***
Darrel tymczasem przygotowywał się do poważnej rozmowy ze swoimi kompanami. Miał genialny plan, którego elementem kluczowym była Cecylia. Ona sama zdawała się być bardzo tym zainteresowana, choć tak naprawdę nie wiedziała nic o tym, co wymyślił. Zaśmiał się cicho i pokręcił głową. Nie sądził, że tak łatwo będzie ją przekonać. Zawsze myślał, że przywódczyni rewolucji będzie bardziej roztropna, lecz jak widać, mylił się. Dla niego było to wręcz idealne, gdyż przy minimum zużytej energii mógł otrzymać coś naprawdę wspaniałego.
Przez chwilę myślał o tym, by wykorzystać młoda Luparie jak się tylko da. Potem jednak zdał sobie sprawę z tego, że bez niej będzie ciężko zorganizować cokolwiek w późniejszym czasie. Poza tym, wbrew samemu sobie, polubił radosną, pełną ambicji dziewczynę. Mało było teraz takich, które bez obaw o siebie były w stanie tak wiele poświęcić tylko dla własnego rodu. Darrel nie miał bowiem wątpliwości, iż prawdziwą motywacją sławnej "C" była właśnie rodzina.
Spojrzał na niebo i westchnął widząc nadchodzące z północy chmury. Wiedział, że zbliża się prawdziwa ulewa i cieszył się na myśl, że zaraz będzie w ciepłym, całkiem przytulnym pomieszczeniu. Szedł szybko, nerwowo oglądając się na boki. Nasunął kaptur jeszcze bardziej na twarz i oddychając szybko skręcił w jedną z mrocznych uliczek. Przeszedł kilkanaście kroków, aż doszedł do zaplecza starej karczmy. Obecnie znajdowała się tam mała, nadmorska speluna, w której pijali tylko zdesperowani marynarze. Zapukał trzy razy do drzwi, które po chwili stanęły otworem. Nim jednak wszedł do środka, musiał zdradzić hasło wielkiemu, umięśnionemu mężczyźnie pilnującemu wejścia. Gdy formalności zostały zakończone, mógł ze spokojem zdjąć płaszcz i odetchnąć z ulgą.
Zapach taniego wina dotarł do jego nozdrzy sprawiając, iż na twarzy pojawił się grymas. W pomieszczeniu było jednak bardzo ciepło i gwarno, co uszczęśliwiło go na daną chwilę. Szedł ciasnym korytarzem, kątem oka rzucając na barmana stojącego za ladą i salę, na której nie działo się praktycznie nic. Dotarł do schodów prowadzących w dół i tam też się skierował. Schodził powoli, zastawiając się, jak załatwić sprawę ze swoimi towarzyszami. Musiał jak najszybciej ustalić wersję wydarzeń, by móc przedstawić im ją bez najmniejszego mrugnięcia okiem.
Gdy schody się skończyły, Darrel natknął się na kolejne drzwi. Tym razem jednak nie wymagano od niego żadnego tajnego szyfru. Po prostu je otworzył i wszedł do oświetlonego całą masą świec pomieszczenia. Kilkoro obecnych na sali spojrzało w jego stronę, lecz chwilę później powrócili do swoich zajęć. Na sali było gwarno, co wydawało się dosyć męczące. Mężczyzna był jednak przyzwyczajony do takich warunków, więc nie robiło to na nim najmniejszego wrażenia. Rozejrzał się, szukając znajomych lecz nie mógł ich nigdzie dojrzeć. Na jednym ze stołów stała blond włosa kobieta trzymająca w dłoni piękny amulet.
- Nigdy nie zgadniecie, skąd go mam! - Zaczęła zagadywać wszystkich znajdujących się przy niej mężczyzn.
- Zapewne ukradłaś, skąd byś mogła to mieć. - Odparł starszy, całkowicie siwy mężczyzna mający co najwyżej cztery zęby.
- Ha! Takiś cwany? - Zaczepiła go buńczucznie, czując oburzenie. - Zgadnij więc, komu go ukradłam!
- Szlachcie, a komu? Normalni mieszkańcy nie noszą takich pierdółek. Nie zawracaj nam głowy dziewczyno.
- Szlachcie, szlachcie! Najwyższej! - Zaśmiała się perliście, udając iż nie słyszała słów starca. - Arystokracji! Spójrzcie na wygrawerowany herb panowie! - Zbliżyła do nich srebrny talizman ucichając się szeroko.
- Też mi coś, każdy może okraść Lwa, dziewczyno. - Na to kobieta jedynie prychnęła obrażona i zeskoczyła ze stołu. Całkowicie niedoceniona już miała wyjść z pomieszczenia, gdy wpadła na Darrela.
- Elena? - Zapytał z uprzejmości, choć wszędzie poznałby rozpustną dziewczynę z opaską na oku.
- No ja, ale... Och, Darrel! - Rzuciła mu się na szyję i ścisnęła mocno. - Co cię tutaj sprowadza? Jak długo jesteś w Romar?
- Nie dłużej niż tydzień, ale tym razem tak szybko się mnie nie pozbędziecie. Nie mam zamiaru wybierać się nigdzie przez najbliższe trzy miesiące. Mam nadzieję, że uda mi się przenocować w Gildii, gdyż nie za bardzo mam gdzie się podziać.
- Oj, już ty się o to nie martw! Pogadam z ojczulkiem, wiesz że cię lubi. Nie będzie problemu. Wraz z załogą możesz się tu zatrzymać na ile tylko zechcesz! - Szczebiotała uradowana. On tymczasem spojrzał na jej nowy nabytek.
- Skąd to masz?
-Ukradłam. Jakiemuś idiocie. - Zaśmiała się. - Już dawno nikt nie nabrał się tak łatwo! Naprawdę, arystokracja to półgłówki. Chociaż w sumie, dam sobie głowę uciąć, że to ten typ, który dla kobiety pójdzie w ogień.
- No cóż, widzę, że bycie córką nadzorcy Gildii zobowiązuje. - Zaśmiał się radośnie i rozejrzał po sali. - Nie widziałaś przypadkiem Asu i reszty?
- Dzisiaj? Nie, nie widziałam. Ale widziałam Cedrica. - Darrel spojrzał na nią i westchnął.
- To już wiem, że naszej króliczej panny nie zobaczę co najmniej do świtu. - Zaśmiał się serdecznie, na co ona odpowiedziała tym samym.
- Nie martw się Darrelu, dowódca ma teraz ważną sprawę na głowie, więc raczej odzyskasz swoją najlepszą pomocnicę szybciej niż ci się wydaje.
- Ważną sprawę powiadasz?
- Nie znam szczegółów. Wiem tylko, że szykuje się wielki bal na zamku. - Spojrzała na niego znacząco.
- Ach, rozumiem. Więc będzie zabawa. - Uśmiech nie znikał z jego twarzy. - Dołączyłbym do was z chęcią, ale mam wiele rzeczy do załatwienia.
- Oj, ty jak zawsze zapracowany! - Dziewczę naburmuszyło się. - Odwiedziłbyś mnie kiedyś, dobrze wiesz, że mam wygodne łoże. - Ciemnowłosy zaśmiał się tylko.
- Wybacz Eleno, następnym razem.
- Trzymam cię za słowo Darrelu. - Prychnęła cicho, lecz na jej ustach znów pojawił się uśmiech. Kiwnęła głową na pożegnanie i wyszła z pomieszczenia.
On tymczasem rozejrzał się jeszcze raz i nie ujrzawszy swoich towarzyszy obrał kierunek na salę sypialną. Pewny siebie, co chwila mijał kogoś, kogo znał i z kim witał się szybkim skinieniem głowy. Rozmyślał nad tym, czego dowiedział się od Eleny. O balu słyszał po raz pierwszy, lecz ona nigdy nie okłamywała swoich ludzi, a on mógł się właśnie za jednego z nich uważać. Poza tym, dziewczę zarówno jak jej ojciec i sam dowódca Gildii Złodziei zdawali się zawsze wiedzieć więcej, niż się tego spodziewano. Z początku trochę go to przerażało, ale gdy okazało się, iż do jego tajemnic nie dobierał się nikt mógł odetchnąć z ulgą. Niemniej jednak, informacja o balu mogła być bardzo znacząca zarówno dla niego, jak i dla samej Cecylii. Zapewne porozmawia z nią o tym, jak tylko się spotkają. Tymczasem musi wymyślić plan działania, bo szczerze mówiąc, miał mało czasu.
Od dziecka marzył o potędze Irysów i teraz mógł się do tego przyczynić. Ale czy był to jego jedyny cel? Prychnął otwierając drzwi do małej komnaty, którą dzielił z towarzyszami. To nie był czas na rozmyślania o przeszłości i tym, czego pragnął. Teraz należało działać i nic, ale to nic, nie będzie w stanie go powstrzymać.
- Darrel? - Z zamyślenia wyrwał go głos, którego właścicielki absolutnie się nie spodziewał.
- Asu? Myślałem, że jesteś z Cedriciem. - Odpowiedziała mu tylko naburmuszoną miną. Czyli jednak Elena mówiła prawdę.
- Nasz pan dowódca jest zbyt zajęty, by zadowolić swoją kobietę. - Zaśmiał się siedzący w kącie Jasper. Na szczęście miał szybki refleks i lecący w jego stronę sztylet utknął w ścianie tam, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się jego głowa.
- Bycie królem złodziei jest obowiązkiem! - Królicza panna broniła swojego mężczyzny zażarcie, choć w głębi duszy musiała przyznać, iż wolałaby spędzić z nim chociaż chwilę po tak długiej rozłące.
- Dla nas lepiej, że dzisiaj jesteś z nami. Mam ważną sprawę do omówienia. - Darrel odetchnął i usiadł na jednej z trzech pryczy, jakie znajdowały się w pomieszczeniu. Było ich za mało, choć zajmowały praktycznie cały . Musieli jednak jakoś sobie radzić. Powinni być w ogóle szczęśliwi, że mają gdzie spać.
- Tak? Pewnie chcesz rozmawiać o tej dziwnej panience, co nas niby wynajęła. - Prychnęła ukryta w kolejnym kącie Bjorg. Dopiero teraz ją zauważył. - W coś ty nas wpakował, co? Jakoś nie chce mi się wierzyć, by było to zwykłe zlecenie.
- Masz rację. - Westchnął. - "C" nie jest zwykłą mieszkanką stolicy.
- Wywnioskowałam to po kwocie jaką zaproponowała. - Blondynka cały czas wpatrywała się w niego swoim jedynym okiem.
- Ach, kwota. Z tym może być mały problem.
- O nie, zaczyna się. - Jęknęła Asu. - Pewnie oszukała cię, że jest taka bogata, co? Naprawdę dałeś się zwieść jej pięknej buzi? Tego to się po tobie nie spodziewałam!
- Asu, spokój. - Warknął cicho. - Od początku wiedziałem, że nie jest w stanie dać nam aż tyle.
- Czyli nas oszukałeś? - Po raz pierwszy odezwał się Vincent.
- Nie do końca. - Wciągnął głęboko powietrze i spojrzał po swoich towarzyszach. - Możemy wziąc udział w czymś tak wielkim, że po wszystkim nigdy już nie będziemy musieli martwić się o pieniądze.
- Wierzysz w takie banialuki? - Bjorg zdawała się kontrować wszystko, co do niej mówił. Czyżby nienawiść do szlachty była w niej aż tak silna?
- Szczerze? Nie. - Zaśmiał się. - Ale to nie banialuki. "C" jest przywódczynią rewolucji, w którą chciałbym zaangażować Gildię.
- Rewolucja? - Zainteresował się Jasper. - Czekaj, czy ty chcesz nam powiedzieć, że właśnie wstąpiliśmy do rewolucji?
- Owszem. Oczywiście, jeżeli nie chcecie, możecie zrezygnować. Nie będę was do niczego zmuszać. - Po jego słowach nastała dłuższa chwila. Wszyscy ewidentnie zastanawiali się nad tym, czy warto tak bardzo ryzykować. Pierwsza odezwała się Asu, jak zwykle mówiąc w imieniu całej grupy.
- Jesteś naszym kapitanem, nie zostawimy cię. Jak i ty nigdy nie zostawisz nas na tonącym okręcie. Niemniej jednak, nie mam pojęcia, w jaki sposób masz zamiar przekonać Cedrica do współpracy z Irysami. - Westchnęła, a Darrel spojrzał na nią znacząco.
- Ty już chyba wiesz jak, moja królicza panno. - Spodziewała się tego. Zagryzła wargę i przymknęła na chwilę oczy.
- Zrozumiałam. Zrobię, co w mojej mocy, ale nie spodziewaj się zbyt wiele. Poza tym, bez informacji nie mam co w ogóle zaczynać tego tematu.
- Rozumiem, ale zanim poznacie wszelkie szczegóły, muszę omówić je z "C". Rozumiecie. - Kiwnęli potakująco głowami, wszyscy zaakceptowali decyzję kapitana. Żadne nie zamierzało kwestionować jego postępowania. Tak się po prostu nie robi. Tylko Vincent zdawał się nie być do końca przekonany. Zapytany jednak o przyczynę swojego zamyślenia pokręcił tylko głową i powiedział, że to nic takiego.
- Nie jestem członkiem waszej załogi, nie zapominajcie o tym. - Odparł sucho, wpatrując się wprost w oczy kapitana. - Mimo to, jestem wdzięczny za pomoc w podróży i tylko dlatego wam pomogę.
- Wiemy Vincencie. - Usłyszał zmęczony głos Darrela. - Mam nadzieję, że z czasem spodoba ci się praca, jaką dostaniesz od nas wszystkich. - W odpowiedzi na to, brunet kiwnął tylko głową i skierował się do wyjścia.
- Czas na mnie. - Zniknął za drzwiami zostawiając wszystkich w całkowitej ciszy.
Asu patrzyła na drzwi jeszcze przez jakiś czas. Czasami miała dziwne wrażenie, jakoby ich nowy towarzysz był nią zainteresowany. Znikało ono jednak bardzo szybko i nigdy tak na poważnie o tym nie rozmyślała. Tak też było i tym razem.
- Dzisiaj pełnia, prawda? - Zapytała ledwo dosłyszalnie, jakby mówiła tylko do siebie.
- Owszem. - Odpowiedział Jasper poprawiając sobie kapelusz i rozkładając się wygodniej na łóżku. - Więcej miejsca będzie dzisiaj w nocy.
- Mam nadzieję, że gwardziści go nie złapią. Mielibyśmy kłopoty. - Fuknęła Bjorg i sama położyła się plecami do nich. Darrel i Asu patrzyli na siebie jeszcze przez jakiś czas. Byli dobrymi przyjaciółmi, dodatkowo dziewczyna była jego prawą ręką. Rozumieli się prawie bez słów, choć często nie akceptowali swoich decyzji. Tyle niebezpieczeństw przeżyli jednak razem, iż nie straszne im były nowe, zupełnie nieprzewidywalne przygody.

***
Herbaciarnia opustoszała już jakiś czas temu. Bezimienna przyglądała się z zainteresowaniem parze, która zdawała się nie zauważać niczego poza sobą. Dziewczynę znała i to bardzo dobrze. Z resztą, mało kto nie znał Cecylii Luparie. Blondyna natomiast widziała pierwszy raz w życiu i od początku wzbudził w niej negatywne uczucia. Oczywiście, musiała być miła, gdyż na tym polegała jej praca. Ani przez chwilę nie pozwoliła sobie na okazanie mu swoich prawdziwych uczuć do niego. Mimo to, coś jej w nim nie pasowało i sama przed sobą nie chciała przyznać, co to było.
Tymczasem, młodzi rozmawiali ze sobą bardzo żywo. Już od dłuższego czasu usta im się nie zamykały i herbaciarka nie wiedziała, co może być takie interesujące. Z początku zdawali się milknąć co jakiś czas i zapadało mnóstwo nieprzyjemnych cisz. Teraz jednak byli pochłonięci sobą tak bardzo, iż nie zauważyliby nawet, gdyby do sali wleciał smok. Blondynka zastanawiała się, o czym to rozmawia przedstawicielka Irysów z jednym z Lwów. Czemu ciągle się uśmiechali? Czyżby pogłoski o nienawiści tych rodów były nieprawdziwe? Nie, musiało być w nich ziarno prawdy. Nieraz słyszała, co o sobie mówili. Nie było to nic pochlebnego, mogłaby przysiąc.
Zaczęła krzątać się oporządzając puste stoliki. Przy okazji, z całkowitą premedytacją, podsłuchiwała parę, która bez przerwy ze sobą flirtowała.
- Jazda konna? - Doszedł do jej uszu uroczy głos panienki Luparie. - Nie interesujesz się niczym więcej? Nie możliwe!
- Cóż, masz rację. Grywam jeszcze na pianinie, choć od dawna nie miałem ku temu okazji. - Zarumieniona twarz Nataniela wzbudziła w blondynce jedynie odruch wymiotny.
- Naprawdę? Musisz kiedyś dla mnie zagrać! - Cecylia zdawała się dobrze bawić. Kto by pomyślał, że jeszcze jakiś czas temu zmuszała się do prowadzenia rozmowy.
- A ty? Na pewno masz jakieś niesamowite zajęcia! - Zaśmiał się radośnie, niby przypadkiem dotykając jej dłoni. Herbaciarka wycierała blat z coraz większym rozmachem. Gdyby nie był jej klientem, z całą pewnością oberwałby szmatą po twarzy.
- Czy ja wiem, czy takie niesamowite? - Brunetka zarumieniła się lekko. - W wolnym czasie zajmuję się ogrodem. Mamy taki mały, w którym rosną irysy. Od małego spędzałam w nim wiele czasu. Lubię także czytać. Choć już od jakiegoś czasu nie miałam okazji na to, by usiąść spokojnie nad jakąkolwiek lekturą. - Zaczęli się śmiać. Bezimienna uznała, że to czas najwyższy, by ogłosić zamknięcie lokalu. Miała ochotę wypluć im to prosto w twarz, lecz gdy tylko podeszła straciła pewność siebie. Spojrzała bowiem na Cecylię i od razu się zarumieniła.
- P-przepraszam... - Wybełkotała cichutko patrząc w podłogę. Od razu na nią spojrzeli. - Za chwilę zamykamy, więc jeżeli byliby państwo uprzejmi...
- Jasne, rozumiemy. - Odpowiedziała Cecylia uśmiechając się do niej serdecznie. Serce herbaciarki podskoczyło do góry, a twarz oblała się rumieńcem. Ukłoniła się niziutko, zaciskając dłonie na sukience.
- Gdyby państwo chcieli jeszcze gdzieś porozmawiać, nasz właściciel otwiera niebawem lokal wieczorny. - Mówiła bardzo nieśmiało, bojąc się spojrzeć w oczy szlachciance.
- Myślę, że to już czas się zbierać. - Powiedziała kobieta, zdając sobie sprawę z tego, że było już bardzo późno. - Ale dziękujemy za zaproszenie. Ile płacimy?
- Już mówię. - Dziewczyna poszła po notes, by podliczyć wszystko. - Osobno czy razem?
- Osobno.
- Razem. - Nataniel uśmiechnął się zawadiacko. Jako dżentelmen czuł się zobowiązany. Cecylia tylko westchnęła. Nie zamierzała protestować.
- W takim razie piętnaście sztuk złota. - Drobna, zniszczona od pracy dłoń herbaciarki wysunęła się w stronę Nataniela, który zapłacił jej należność i dorzucił napiwek. Ukłoniła się lekko i patrzyła jeszcze za nimi, gdy wychodzili z herbaciarni. Chwilę potem zamknęła drzwi na klucz i usiadła na krześle wzdychając z ulgą. Podrapała się po nodze i zaczęła zbierać do domu.

***
Szli w ciszy. Atmosfera, jaka zapanowała między nimi prysnęła nagle, gdy tylko herbaciarka poprosiła ich o wyjście. Nataniel czuł, że odbudowanie tego będzie bardzo trudne. Z drugiej strony, tym razem milczenie nie było czymś nieprzyjemnym, a wręcz przeciwnie. Uśmiechał się cały czas prawie ocierając się ramieniem o ramię Cecylii. Spojrzał na nią kątem oka i zastanawiał się, co o nim myślała. Zachodzące słońce zdawało się krzyczeć, iż czas już się pożegnać, on jednak bardzo tego nie chciał. W pewnym momencie na niebie pojawiły się czarne chmury, a wiatr wiejący z zachodu uderzył w ich twarze. Zrobiło się chłodno i nieprzyjemnie. Wszystko zwiastowało brzydką pogodę.
- Niebawem się pożegnamy, Natanielu. - Powiedziała cicho, patrząc przed siebie. Zrozumiał aluzję, na co tylko kiwnął potakująco głową.
- Jak długo jeszcze będę mógł ci towarzyszyć?
- Do końca alei. Tam każde z nas ruszy w swoją stronę.
- Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy Cecylio... - Spoglądał na nią, czując dystans jaki starała się między nimi utworzyć.
Krople deszczu zaczęły spadać na ziemię, mocząc wszystko, co stanęło na ich drodze. Dziewczyna przystanęła na chwilę i spojrzała w niebo, nieobecna duchem. Z rozmyślań wyrwał ją Nataniel nakładający na jej ramiona i głowę swój płaszcz. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, iż swój zostawiła w herbaciarni. Będzie musiała się tam przejść następnego dnia i poprosić Bezimienną o oddanie. Dobrze znała tą uroczą dziewczynę i była pewna, że jeżeli coś znajdzie, na pewno odłoży i poczeka na właściciela. A przynajmniej tak było w przypadku wszystkiego, co gubiła w tamtym miejscu Cecylia. O rzeczach innych klientów nigdy nie myślała. Może to i lepiej? Musiałaby wtedy zmienić zdanie o herbaciarce, a tego nie chciała.
- Zmokniesz. - Powiedziała do swojego towarzysza i chciała oddać mu pelerynę. Pokręcił przecząco głową i opatulił ją mocniej.
- Nic mi nie będzie. Lepiej żebyś się nie przeziębiła, w końcu obiecałaś mi spotkanie. - Niczego takiego sobie nie przypominała, ale uznała, że nie zaszkodzi spotkać się z nim jeszcze raz. Była pewna, iż blondyn do czegoś jej się przyda. W końcu pożytek ze znajomego króla może być wielki, prawda?
- Rozumiem. - Ruszyli przed siebie. Padało coraz bardziej, a Nataniel nie miał już na sobie suchej nitki. Zaśmiała się w myślach, sądząc, iż było mu tak bardzo uroczo. Chwilę później skarciła się i westchnęła głośno.
Miejsce wyznaczone przez nią na moment pożegnania było już bardzo blisko. Właściwie, wystarczyło, że zrobili trzy kroki i już w nim byli. Przystanęli więc i przez chwilę milczeli. Nataniel wyciągnął swoją dłoń i złapał ją za rękę. Zbliżył do niej twarz i ucałował lekko, jak prawdziwy dżentelmen.
- Było mi bardzo miło, Cecylio. - Wyszczerzył się do niej radośnie, na co ona odpowiedziała delikatnym uśmiechem.
- Mnie również. - Zaczęła zdejmować płaszcz, lecz powstrzymał ją szybko.
- Oddasz mi to następnym razem.
- Następnym? - Zaśmiała się cicho. - Widzę, że bardzo otwarcie sobie ze mną pogrywasz. Czyżbyś był aż tak pewny siebie Natanielu?
- Ja? Skądże znowu. Uznałem, iż tak będzie lepiej dla ciebie.
- Rozumiem. W takim razie spotkajmy się następnym razem w herbaciarni.
- Jak rozkażesz, pani. - Ukłonił się zawadiacko i uśmiechnął. Krople deszczu skapywały mu z włosów prosto na nos.
- Pasuje ci pojutrze? - Zapytała, dobrze wiedząc, iż następny dzień ma cały zajęty.
- Oczywiście. - Odparł bez zastanowienia. To nic, że był królem i miał swoje obowiązki.
- W takim razie w południe. - Odwróciła się i machnęła ręką na pożegnanie. Chwilę później zniknęła za rogiem biegnąc by jak najszybciej znaleźć się w ciepłym i suchym domu.
Nataniel natomiast udał się w przeciwną stronę, cały czas uśmiechając pod nosem. NIe wiedział, która mogła być godzina lecz nie przejmował się tym wcale. Spodziewał się, iż wuj nie pozostawi bez komentarza jego całodniowej nieobecności, ale w tej chwili nie miało to dla niego najmniejszego znaczenia.

***
Noc. Czas, w którym Elizabeth zawsze zajęta jest pracą. Tym razem jednak udało jej się wyrwać i zostawić wszystko na głowie swojej najlepszej pracownicy, Irmy. Niebo było czyste, co zadziwiało nie tylko ją. Jeszcze kilka godzin temu pełno było na nim chmur, a deszcz zdawał się padać bez końca. Niedawno jednak zaczęło się rozpogadzać i w ten oto sposób, podczas gdy blondynka wyszła na spacer, było już całkiem ładnie. Ciepłe, wilgotne powietrze zdawało się na tyle przyjemne, iż musiała przystanąć na chwilę, zamknąć oczy i odetchnąć głęboko. Ile to już czasu minęło, odkąd wyszła po raz ostatni zza wrót domu rozkoszy?
Ulice Romar były o tej porze puste, lecz nie czuła się samotnie. Wręcz przeciwnie, radowała się każdą sekundą spędzoną w ciszy i spokoju. Dom publiczny, którego była właścicielką, codziennie pękał w szwach od liczby klientów. Samych kurtyzan zatrudnionych przez pannę Grimm było także sporo, toteż ciągle coś się tam działo. Jako najważniejsza osoba cały czas musiała trzymać rękę na pulsie i być gotową do interwencji. Sama przyjmowała mężczyzn dosyć rzadko, nie każdego bowiem było na nią stać. Za jedną noc brała ponad tysiąc sztuk złota, dlatego też jej klienci to zamożni podróżnicy, członkowie rodziny królewskiej, najwyższa szlachta, bądź po prostu bogaci złodzieje.
Spacerując tak nie zauważyła, gdy dotarła do sadów. Była to część Romar, którą odwiedzała najrzadziej. Sprawunki załatwiało się w centrum, miejsce to natomiast służyło do odpoczynku. Nie spodziewała się spotkać tutaj kogokolwiek o tej porze. Ku jej zdziwieniu na horyzoncie ukazała się niska, grubawa postać. Z tej odległości nie mogła zobaczyć, kogo przyjdzie jej spotkać, dlatego też przyspieszyła kroku. Usta wygięły się w szerokim uśmiechu, suknia lekko uniosła. Każdy krok wykonywała z coraz większą śmiałością, a także ciekawością.
Każdy inny mieszkaniec na widok nieznajomego w samym środku nocy uciekałby od tego miejsca jak najdalej. Elizabeth mimo iż słyszała plotki o smoku, nie bała się go absolutnie. Ba, ona naprawdę lubiła kusić los! Była zwykłym człowiekiem, kobietą, która nie miałaby szansy z przedstawicielem jakiejkolwiek z ras. Inni nazwaliby ją po prostu głupią, ona jednak miała inne zdanie. Według samej siebie, nie była idiotką. Po prostu nie bała się śmierci. Przeżyła swoje życie szczęśliwie, każdy o tym wiedział. Dorobiła się wielkich pieniędzy i należała do najbogatszych mieszczan w całym królestwie. Dlaczego więc, miałaby chcieć czegoś więcej? Z oddali usłyszała gruby, męski głos. Jego właściciel zdecydowanie podśpiewywał sobie coś pod nosem. Wtem do jej uszu doszła treść, z której musiała się pośmiać w duchu. Była to iście krasnoludzka pieśń.
Tymczasem, postać stojąca nieopodal zdała się zauważyć kurtyzanę i odwrócić w jej stronę. Niski, otyły krasnolud przyglądał się kobiecie paląc fajkę. Otarł jedną ręką stróżkę śliny, jaka napłynęła mu do kącików ust i czekał, aż do niego podejdzie. Gdy znalazła się już na tyle blisko, by ujrzał jej twarz, wymsknęło mu się z ust prostackie "o, kurwa". Szybko zdał sobie sprawę z tego, jak trafnie się wyraził i chrząkając lekko zaczął rozmowę.
- Witam, tej chędożonej nocy, panno... Rose. Moja godność, do stu skurwysynów, Dagor Ciężkałapa. Miło panią poznać. - Ukłonił się nisko, zakrawając o komizm. Wzrokiem ewidentnie błądził w okolicach jej dekoltu, który swoją drogą był bardzo głęboki.
- Witam, jak widzę pan już mnie zna. Mimo to, przedstawię się, Elizabeth Grimm. - Ukłoniła się lekko spoglądając mu prosto w twarz. Ogromny nos w kształcie ziemniaka zdawał się zajmować trzy czwarte twarzy.
- Pani na spacerze, czy... w robocie? Jeżeli wolno spytać. - Krasnolud stanął prosto i zaciągnął się fajką. Wzrokiem wodził po okolicy, jakby szukając czegoś, co byłoby nietypowe dla tego miejsca.
- Gdybym była w pracy, nie byłoby mnie tutaj, panie Ciężkałapa. Pan jednak, jak sądzę, na spacerze? - Zapytała spoglądając w niebo i podziwiając księżyc w pełni.
- Ano, na spacerze. Noc jest do kroćset idealna na takie eskapady. Choć dla pani to raczej niebezpieczne, smok w okolicy. - Na te słowa Elizabeth roześmiała się.
- Zapewniam pana, panie Ciężkałapa, że smok to moje najmniejsze zmartwienie. - Odrzekła cicho i sama rozejrzała się wokół, idąc za jego przykładem. Jej wzrok na dłużej spoczął na drzewie znajdującym się po prawej stronie. Westchnęła kręcąc głową z uśmiechem po czym chrząknęła cicho.
- Wyjdź, kimkolwiek jesteś. Nie ładnie tak podglądać. - Rzekła zdecydowanym głosem. Krasnolud wydawał się być zaskoczony, ale tylko przez chwilę, gdyż szybko zamaskował zmieszanie wrednym uśmiechem. Nigdy by się nie przyznał, iż nie zauważył jakiegoś podglądacza w krzakach.
- Właśnie, do kierwy. Wyłazić. Nikt nie będzie, do kroćset, podglądał Dagora Ciężkiejłapy! - Powiedział opluwając się przy tym przez przypadek. Nim się zorientowali, gałąź poruszyła się, a na ziemi pod nią pojawiła się sylwetka obserwatora.
Elizabeth przyjrzała mu się dobrze, w zwyczaju bowiem miała ocenianie mężczyzn. Był to wysoki, ani brzydki ani ładny chłopiec. Cerę miał tak bladą, iż gdyby przystawić go do ściany, na pewno zlałby się z nią w mgnieniu oka. Czarne włosy utrzymane w całkowitym nieładzie zakrywały mu uszy, a grzywka opadała przesłaniając jarzące w ciemnościach, zielone oczy. Gdy uwaga kobiety skupiła się na jego twarzy, przez chwilę nie mogła powstrzymać się od wrażenia, iż miał on na sobie makijaż. Dwie proste, czarne linie ciągnęły się przez sam środek oczu. Po chwili jednak Elizabeth zainteresowała się bardziej tym, w co był ubrany. Długa peleryna, przy szyi futro. Grimm nie znała się na zwierzętach, lecz coś wewnątrz niej podpowiadało jej, iż kiedyś musiało należeć do pięknego wilka. Całe jego odzienie zdawało się być bardzo drogie, a jednocześnie podniszczone. Czyżby trudami podróży?
- Wybaczcie to nieporozumienie. - Odezwał się cicho, dosyć delikatnym jak na mężczyznę głosem.
- No świetnie, trafił się nam jakiś jebany kiep. Do tego czai się jak jakaś kurwa leśna z uszami! - Dagor dawał upust swojemu niezadowoleniu ze spotkania z nieznajomym. Sam fakt, iż przerwał mu rozkręcającą się rozmowę z najlepszą kurtyzaną w mieście nie był jeszcze taki decydujący.
- Panie Ciężkałapa, proszę powstrzymać komentarze. - Odrzekła blondynka uśmiechając się lekko do nieznajomego.
- A co mam się, do kurwy, powstrzymywać. Jebany pedał, do kroćset, wchodzi panience i mnie, tej chędożonej nocy w drogę! Toć ja mam się nie denerwować?
- Radziłbym ostrożniej ze słowami. - Chłód jaki emanował od bladoskórego chłopaka, zdawał się dotrzeć do serca kobiety i krasnoluda.
- O proszę, jeszcze się gówniarzeria stawia! Wiesz, z kim masz do czynienia, szczeniaku?
- Panowie, ależ proszę... - Nie była w stanie dokończyć, gdyż przerwano jej brutalnie.
- No, chyba pan się trochę zagalopował. Jeszcze raz, radzę ostrożniej dobierać słowa. - Z ust czarnowłosego wydobył się lekki syk. Dagor zdawał się jednak nie zwracać na to uwagi.
- Będę mówił, co mi się do kurwy podoba, skurwysynie. Zwłaszcza do kogoś, kto mnie nie przewyższa ani bogactwem, ani wiekiem, ani statusem społecznym! - Emocje krasnoluda dały o sobie mocno znać. Podczas, gdy mówił ślina strzelała z jego ust gdzie popadnie, przez co i Elizabeth i nieznajomy odsunęli się od niego nieznacznie.
- Panowie, grzeczniej proszę. Po cóż marnować tak piękną noc, jak ta? - Ciężkałapa żachnął się lekko, ale zamilknął. W końcu kobieta prosiła, a on tę prośbę mógł spełnić. Ten jeden raz.
- Wiele takich jak ta nocy widziałem, nic w niej niezwykłego. - Znudzony głos nieznajomego wprawił i słynną Rose w stan lekkiego wzburzenia.
- Dla pana, może i jest najzwyklejsza w świecie, gdyż ma pan ją na co dzień. Ale dla kobiety, która wyjść może tylko raz na dłuższy okres czasu, każda taka noc ma wielkie znaczenie!
- Jesteś pan jako ten chuj - zaczął Dagor, wcinając się w rozmowę - jak to powiedziała księżna Cecylia do ambasadora Lwów, wiele lat temu.
- Panie Ciężkałapa, proszę. Nie wszczynajmy niepotrzebnych nieporozumień. Do tego, na cóż wspominać tutaj księżną Luparie? To chyba nie na miejscu, nieprawdaż?  - Oczy panny Grimm zaświeciły się lekko. - Poza tym, rozmowy o polityce to najgorszy temat do miłej pogawędki. Tak nie można panowie, przez to wszystko ludzie się tak bardzo nienawidzą. - Zapanowała chwila ciszy. Po minie nieznajomego domyśliła się, iż nie miał pojęcia o czym rozmawiali. Była dzięki temu ostatecznie przekonana, iż pochodził z daleka. Kto wie, czy nie z północy? W końcu tylko tam było prawdziwie zimno, a jego strój był zdecydowanie zbyt gruby na koniec lata w Enthernet.
- No, porozmawiajmy o czymś milszym... Ach, najpierw się przedstawmy! Elizabeth Grimm, miło mi. - Uśmiechnęła się szeroko i starała załagodzić sytuację, choć dobrze wiedziała, że będzie ciężko.
- Iskariot.  Ale nie sądzę, by było pani to imię potrzebne. Jutro już o mnie pani zapomni. A przynajmniej tak będzie dla pani lepiej. - Sytuacja wydawała się powoli uspokajać, lecz kurtyzana nie mogła jeszcze świętować. Dagor bowiem podchwycił jeden temat i nie zamierzał go porzucać tak szybko.
- Widzę, że panna Rose jakoś dziwnie interesuje się jebanym konfliktem na linii Irysy kurwa Lwy. - Błysk w jego oku sprawił, że Elizabeth przez chwilę nie mogła się odezwać. Krasnolud zdecydowanie należał do bardziej wścibskich osób i dobrych obserwatorów niż mogła się tego po nim spodziewać. - Panna nam tu rozprawia o tym, że nie powinniśmy o tym, do stu piorunów gadać, a sama dziwnie się podnieca, na sam dźwięk słowa polityka. - Fuknął na koniec, by dodać swojej wypowiedzi powagi. Pomiędzy trójką nieznajomych zapadła chwila ciszy, którą przerwał Iskariot.
- Pan widzę, w swoim wieśniactwie, nie wie, że niektórych rzeczy się po prostu nie mówi?
- Ja?! Wieśniakiem?! Ożesz w kurwę, bacz na słowa smarkaczu, bo ci z dupy zrobię sito! - Zza bordowej kamizelki Dagor wyciągnął rewolwer i zaczął nim celować w młodzika.
- Panowie, panowie! Naprawdę! Spokojniej proszę. Po cóż się bić i sobie grozić. Szerzmy miłość! - Elizabeth starała się jakoś załagodzić sytuację, ale obaj mężczyźni pozostawali niewzruszeni na jej prośby.
- Tak? A co powiesz na to? - Wokół Iskariota momentalnie pojawiły się drobne, błękitne płomyki. Patrzył na Dagora z nienawiścią, a oczy świeciły mu się przy tym i emanowały dziwnym światłem. Cichy ryk wydarł się z jego ust.
Elizabeth poczuła, że zaraz upadnie. Dyskretnie złapała się ramienia Dagora i spojrzała na stojącego na przeciwko chłopaka. Dopiero teraz cała historia zaczęła jej się składać w całość. Podróżnik, dziwak, a na dokładkę to. Była pewna, że nie dożyje do świtu, jeżeli zaraz czegoś nie zrobi.
- No proszę, gadzina się znalazła. - Warknął Ciężkałapa. - Nie myśl, że boję się jakiegoś smoczego kiepa!
- Tak, on ma rację. Schowaj lepiej te swoje płomyczki i spadaj stąd. - Dodała swoje trzy grosze panna Grimm, rozglądając po okolicy. Czy naprawdę nigdzie nie było gwardzistów? Podobno Romar miało się od nich roić, odkąd usłyszano plotki o smoku.

***
Erwin był już zmęczony. Dopiero, co zaczęła się jego nocna zmiana, a on już wiedział, jak trudno jest być strażnikiem. Mimo to nie żałował niczego, bo właśnie to było jego marzeniem. Odkąd pamiętał chciał szerzyć dobro i sprawiedliwość. Właśnie dlatego, gdy tylko ukończył szesnaście lat zgłosił się do Gwardii Królewskiej. Droga do zostania dowódcą była ciężka i wymagała od niego dużo poświęceń. W końcu mu się udało, lecz to był dopiero początek.
Był na nogach ponad dwie doby i dobrze wiedział, że nim położy się spać minie jeszcze trochę czasu. Odkąd znaleziono pierwsze ofiary smoka nie był w stanie zejść z warty bez wyrzutów sumienia i cały czas coś robił. Zdawał raport, brał udział w oględzinach. Informował mieszkańców o postanowieniach króla. A teraz miał swoją zmianę, na której musiał być uważny. Potwór mógł się czaić wszędzie, a on miał obowiązek być w stanie się z nim zmierzyć. W ramach obrony społeczeństwa.
Erwin nigdy nie potrafił zrozumieć tych wszystkich ludzi, którzy narzekali na króla. Owszem, nie należał on do najlepszych, nie dało się tego ukryć. Był jednak na tyle porządny, iż nie łamał prawa, jak większość. Był po prostu szczery z tym, iż nie czuł się dobrze na tronie. Anaregard nie widział w tym nic złego. Ponad to, ich pierwsze spotkanie przekonało go do tego, iż młody Nataniel nie jest złym człowiekiem. Strażnik był pewien, iż widział we wzroku króla lęk i przejęcie sytuacją. Zareagował błyskawicznie i to mu się chwaliło.
Z rozmyślań politycznych i pochlebstwa jakie kierował w stronę młodego króla wyrwała go głośna dysputa odbywająca się niedaleko niego. W sadzie, jak mu się wydawało, kilkoro ludzi najprawdopodobniej kłóciło się o coś. Z początku, Erwin myślał, że to kolejna walka o kobietę, jakich ostatnio było w Romar sporo. Mężczyźni znowu postanowili obić sobie twarze na oczach ukochanej, by udowodnić, któż to z nich jest lepszy. Wtem jednak do jego uszu dotarły dwa słowa-klucze, które zmieniły jego pogląd na sytuację. Gadzina. Smoczy kiep. Marszcząc brwi i mając złe przeczucia przyspieszył, by dotrzeć do miejsca jak najszybciej.
Zostało mu już tylko kilka kroków do skrętu w odpowiednią dróżkę, gdy po sadzie rozniósł się huk wystrzału z broni, któremu towarzyszył stłumiony, kobiecy krzyk. Strażnik nie ociągając się dłużej wyjął spod płaszcza rewolwer i zaczął biec. Broń, którą posiadał należała gabarytami do tych mniejszych, co ułatwiało jej przenoszenie. Była też dużo nowocześniejsza niż te, które zdobywali rewolucjoniści, czy niesforni mieszkańcy miasta. Prawdą było, że taki pistolet kosztował co najmniej pięć pełnych, miesięcznych wypłat rzemieślnika, któremu szedł interes. Zwykły chłop czy mieszczanin z przyczyn oczywistych nie mógł sobie na taką pozwolić.
Erwin nie myśląc zbyt wiele dobiegł do trójki nieznajomych próbując jak najszybciej rozeznać się w sytuacji. Pierwsze, co ujrzał, to gruby krasnolud, celujący rewolwerem w drugiego, bardzo dziwnego jegomościa. Kobieta, która im towarzyszyła, zdawała się ledwo stać. Przygryzała wargę spoglądając to na jednego, to na drugiego. Strażnik z początku nie wiedział, po czyjej stronie stanąć. Dagor Ciężkałapa znany był w całym Romar i raczej nie chciałby zepsuć swojej reputacji jednym dziwnym wybrykiem. Poza tym, towarzyszyła mu Elizabeth Grimm, która również dbała o swoje imię. Pomimo zawodu, jaki wykonywała. Dlatego też, Erwin dobiegł do nich i stanął na przeciw dziwnego, nieznanego osobnika. Wszyscy podróżnicy byli niemile widziani w stolicy od czasu ataku na arystokrację.
- Co tu się dzieje? - Zapytał, lekko chrypiącym od biegu i stresu głosem.
- To smok. - Krasnolud splunął pod nogi przeciwnika. - Obrzydliwa, gadzia kreatura! Jeszcze nam tu wygrażał!
- To prawda? - Pytanie skierowane było do blondynki.
- Jak najbardziej, panie Anaregard. Jak najbardziej.
- Stój w miejscu i nie ruszaj się. - Strażnik czuł, jak serce mu przyspiesza i jak po ciele rozchodzi mu się gorąco. Nie tyle bał się, co po prostu wiedział, że ani on ani Dagor nie są w stanie pokonać smoka. A straży w pobliżu nie było. - Panno Grimm, sądzę, że to nie miejsce dla pani. Będziemy osłaniać pani odwrót, więc proszę zniknąć stąd jak najszybciej.
- Rozumiem. - Kobieta skinęła tylko głową na pożegnanie i już jej nie było. Ciężkałapa co chwila spluwał na ziemię i mamrotał coś nieprzyzwoitego pod nosem.
Iskariot w tym czasie nawet nie drgnął. W myślach przeklinał się za swoją głupotę. Przeżył dużo więcej lat od nich razem wziętych, a zachował się jak dziecko. Głupie, naiwne i zbyt pewne siebie. Mógł za to przypłacić życiem, a było ono dla niego cenniejsze, niż mogłoby się wydawać. Miał swój cel, do którego dążył tak rozpaczliwie. Czyżby miał wszystko zaprzepaścić jednym głupstwem? Na to wyglądało.
Próbując ratować swoją sytuację poniósł ręce do góry w geście obronnym. Starał się wymyślić coś, co mogłoby mu uratować skórę i nie zdemaskować go. Wydawało się jednak, że jest na to już zdecydowanie za późno i nadszedł czas, by użyć swojej prawdziwej mocy. Choć Iskariot przybył do Enthernet z zamiarami całkowicie pokojowymi, rzeczywistość ukazała mu prawdziwy obraz tego społeczeństwa.
Znając swoje limity i wszystkie ograniczenia, mógł po chwili namysłu dojść do wniosku, że została mu tylko ucieczka. Ucieczka przeprowadzona w bardzo przemyślany sposób. Tak, by nikt nie ucierpiał i by niczego nie mogli mu zarzucić. Poza tym, że był smokiem, bo temu zaprzeczyć nie mógł. W żaden sposób.
Tymczasem Erwin marszcząc brwi celował do niego z broni. Wiedział, że towarzyszący mu krasnolud jak najbardziej zdolny jest do walki. Dagor bowiem znany był ze swoich umiejętności i chęci do strzałów. Kilkakrotnie przez to miewał problemy z władzą. Zawsze jednak udawało mu się wyjść z tego bez szwanku i po każdym takim razie stawał się coraz sławniejszy. Strażnik nie był jednak pewien, czy w walce z domniemanym smokiem, który najprawdopodobniej zabił już trójkę arystokratów, mieli jakiekolwiek szanse. Nie można było sobie pozwolić na żaden błąd.
- Jesteś smokiem? - Pytanie padło z ust strażnika i choć wiedział, że brzmiało głupio musiał je zadać.
- Nie, nie jestem. - Iskariot przemawiał zmęczonym, lecz spokojnym głosem. Erwin tylko westchnął.
- Niestety, mam dwóch świadków, podczas, gdy twojej wersji nikt nie jest w stanie poświadczyć. - Blondyn zbliżył się do przeciwnika gotowy do pochwycenia go i związania.
- Ech, jak widać z wami, ludźmi, nigdy nie da się dojść do porozumienia. - Jeszcze nim skończył, zawiał wiatr unosząc piach w powietrze. Cisnął się do oczu, przez co nie za bardzo wiedzieli, co się dzieje.
Tymczasem Iskariot przemienił się w swoją prawdziwą postać i uniósł się w powietrzu. Pierwszy w sytuacji zorientował się Dagor i nie czekając na specjalne zaproszenie, zaczął celować do smoka. Erwin również nie pozostawał zbyt długo bierny. Celując ze swojego rewolweru zdecydowanie naciskał spust, licząc na to, że trafi w cel. Przeciwnik tymczasem oddalał się coraz bardziej. Żadne z nich nie wiedziało, czy trafiło choć raz, ale nie przestawali strzelać, dopóki nie zabrakło im kul. Krasnolud zaklął siarczyście, a Erwin westchnął zrezygnowany, gdy Iskariot zniknął z ich pola widzenia.
W oddali zauważyli oddział gwardzistów biegnących w ich stronę. Na ich czele znajdowała się niska, dosyć krępa kobieta. Krasnolud splunął w bok na jej widok. Tak, znał ją bardzo dobrze. Należeli do tej samej rasy i nie mógł zrozumieć, dlaczego zaczęła golić brodę i nogi. Przestała być jedną z nich i na dodatek wstąpiła do gwardii.
- Pani Kapitan. - Erwin skinął głową. Mimo iż była dosyć niepozorna, znana była jako gwardzista idealny i to sprawiło, że statusem górowała nawet nad blondynem. Nie miał jednak nic przeciwko, bo szanował ją jako przełożonego, a także widział, że wykonywała swoją pracę naprawdę dobrze.
- Wybacz spóźnienie, ale do kroćset, dotarcie tutaj z drugiego końca Romar nie jest takie łatwe! Co się wydarzyło? - Zapytała głosem bardziej męskim niż kobiecym.
- Mieliśmy spotkanie ze smokiem. - Blondyn podrapał się po głowie, a Dagor nie odezwał ani słowem.
- Widzieliście jego twarz? W takim razie trzeba sporządzić list gończy. Chodźmy na komendę. A z tobą... - zwróciła się do krasnoluda. - Porozmawiam innym razem. Spodziewaj się mojej wizyty. I lepiej... Nie pakuj się w większe kłopoty. - Gwardziści zaczęli się zbierać więc Dagor również udał się w swoją stronę.

__________________________________________________
Rozdział z dużym opóźnieniem. Ale dużo rzeczy zwaliło się na moją głowę :C Następny powinien pojawić się dużo szybciej~ Serio xD"

Wszystkie zaległości i to, co miałam zrobić... Zrobię na początku przyszłego tygodnia, o.

Więcej aktualnych informacji znajdziecie na facebooku'u: https://www.facebook.com/OpowiadaniaIryska
Więcej na temat "Virtual Kingdom": http://irysek.tumblr.com/virtualkingdom



Biorę udział w konkursie. Jeżeli podoba Ci się moje opowiadanie, zagłosuj tutaj: http://www.kidzuita.blogspot.com/p/konkursy.html

wtorek, 12 lutego 2013

Virtual Kingdom - Rozdział drugi

Wracała zmęczona do domu, pospiesznie przebiegając przez opustoszałe już ulice dzielnicy handlowej. Na swojej drodze nie spotkała do tej pory nikogo, poza jednym bardzo pijanym jegomościem, który nawet nie zauważył, że szturchnęła go łokciem. Było ciemno i dosyć chłodno. Wokół panowała aura ponurości i jakiegoś nieznanego jej dotąd uczucia. Jakby obawy, lęku przed czymś całkowicie nieznanym. Był środek lata i Cecylia uznała, iż to nie typowe, by było tak zimno. Pomasowała się po nagich ramionach i przyspieszyła jeszcze, chcąc jak najszybciej przedostać się do bardziej cywilizowanej części miasta. Do posiadłości Irysów nie było już tak daleko, gdy nagle ktoś pociągnął ją za sukienkę. Przerażona odwróciła się gwałtownie wyrywając z uścisku nieznajomej. Oczom dziewczyny ukazała się przedziwna kobieta o źrenicach czarnych, lecz nie to było w niej niezwykłe. Miała w nich przebłyski zieleni, podobnie jak na włosach. Nawet jej skóra zdawała się emanować tym kolorem, choć na pierwszy rzut oka była po prostu bardzo blada. Przez chwilę panowała między nimi cisza, aż Cecylia chrząknęła i odsunęła się o parę kroków. Nieznajoma ubrana była w łachmany, co wzbudzało podejrzenia, iż mogła być albo żebraczką, albo obłąkaną, albo po prostu złodziejką. Intrygujące spojrzenie, jakie dziwaczka jej posłała zaczęło palić ciało i nim Luparie się spostrzegła, biegła już z całych sił, by jak najszybciej oddalić się od tego nieprzyjemnego miejsca. Im bliżej dzielnicy mieszkalnej tym bezpieczniej, z takiego założenia wyszła młoda szlachcianka, czując jak jej skóra powoli się ogrzewa, a powietrze staje się przyjemnie ciepłe.

***

Cisza. Potworna cisza, która wręcz raniła uszy panowała tej nocy w komnacie króla. Przerywana była jedynie delikatnym, kobiecym oddechem należącym do młodej służki. Nataniel leżał na łóżku i spoglądał przez okno, wprost na księżyc w pełni. Wiedział, że ta noc była dziwna, tajemnicza i czuł podświadomie, że coś niezwykłego mogłoby się dzisiaj zdarzyć. On jednak wybrał rozkosze w ramionach ślicznej Marie i choć mógłby, wcale nie żałował. Spojrzał kątem oka na jej spokojną od snu twarz i pogładził lekko po włosach. Jutro wszystko wróci do normy, a ona nawet o tym nie wspomni. On także będzie zachowywał się jak zwykle, choć raz na zawsze zaprzepaścił jej życie. Kobieta taka jak ona nie mogła liczyć na zamążpójście nie będąc czystą i cnotliwą. A on, jakże okrutny, zabrał jej całą niewinność w przeciągu paru krótkich, przyjemnych chwil. Czasem czuł się wręcz perfidnie i okropnie, skrzywdził bowiem nie jedną kobietę. Potem jednak zaczynał się usprawiedliwiać i choć na chwilę zapominał, że to wszystko jego wina. Właściwie, co nie było jego sprawką? Czy zrobił kiedykolwiek coś dobrego? Nie był pewien. Miał wrażenie, że jedyne, na co było go stać, to podrywanie kolejnych, pięknych kobiet i noce takie jak ta.
Księżyc schował się za mgłą, a Nataniel wstał z łóżka. Było gorąco, dlatego też w ogóle nie odczuwał braku odzienia. Stał i patrzył przez okno na okryte nocnym pledem miasto. Stolicę jego królestwa. Królestwa, którym nie potrafił dobrze rządzić. Był nieodpowiedzialny, wiedział o tym, lecz nie miał zamiaru tego zmieniać. Gdyby choć trochę mu na tym wszystkim zależało, na pewno starałby się załagodzić spór między cerberami. Po co jednak miał się wysilać?
Właściwie, to miał odpowiedź. Dla Marianne. Jego małej przyjaciółki, którą wkrótce będzie musiał poślubić. Nie był na to wszystko przygotowany, jednak postanowił. Nadszedł czas, by dorosnąć i miesiąc, który mu został przeznaczy na wyhulanie się raz na zawsze. Potem będzie dobrym królem. Dobrym mężem. Będzie lepszy od Alistora, swojego ojca i udowodni wszystkim, że jest coś wart. Choć poprzedni król uchodził za tyrana, miał w sobie ten zalążek szlachetności Lwów, który kazał mu dbać o królestwo, a którego już praktycznie nie było w młodszych pokoleniach. Nataniel był tego idealnym przykładem. I choć nigdy nikogo nie zabił, nie szydził i nie nienawidził, wiedział dobrze, że brak mu szlachetności i odwagi, jaka tysiąc lat temu stała się domeną jego przodka.
W jego umyśle pojawił się obraz wiszący w sali obrad. Zawsze siedzi do niego tyłem, lecz ostatnio udało mu się go dojrzeć. Na chwilę nawet zatrzymał swój wzrok na postaci się na nim znajdującej. Jack, jego prapradziad. Jakby się zastanowić, to z wyglądu rzeczywiście byli do siebie podobni. Te same włosy, ta sama postura. Oczy zielone, jakby magiczne. Lecz charaktery mieli zdecydowanie inne. Młody Lione uchodził za naiwnego głupka, który miał wszystko w głębokim poważaniu, podczas gdy Jack był symbolem odpowiedzialności, szlachetności i honoru. Tak przynajmniej mówiły legendy. Jaka była prawda? Tego nikt nie wiedział i mało prawdopodobne, by kiedykolwiek ktoś to odkrył. Życie założyciela rodu Lwów zapewne na zawsze pozostanie jedną wielką tajemnicą.
Nie zwlekając dłużej powrócił na swoje miejsce i przykrył się aksamitną pościelą. Objął Marie i wtulił twarz w jej szyję mrucząc z zadowolenia. Kolejna noc w ramionach pięknej kobiety zdawała się być jedyną rzeczą, jakiej w tej chwili potrzebował. Masa rozmyślań o przyszłości męczyła go nieustannie i zaczynał mieć tego wszystkiego dosyć. Niepewność jaka zagościła w sercu króla okazać się mogła zgubna nie tylko dla niego, ale i całego Enthernet, a tego nie chciał. Mimo wszystko miał pewne marzenia i cele, których istnienie dopiero w przeciągu kilku ostatnich dni sobie uświadomił. Nim jednak zaczął planować kolejny dzień zasnął nieświadomie bardziej wtulając się w piersi Marie. W tym samym momencie nad stolicą rozniosło się głośne wycie. Brzmiało jak zawodzenie zranionego wilka, który wiedział iż nie ma szans na ucieczkę i błagał swoich towarzyszy o pomoc. Nikt jednak zdawał się go nie słyszeć. Całe Romar pogrążone było we śnie.

***

Było wcześnie rano, promienie dopiero co wschodzącego słońca wpadały nieśmiało do pomieszczenia. Młoda dziewczyna krzątała się nucąc pod nosem jakieś proste, ludowe piosenki. Wyglądała na bardzo szczęśliwą zamiatając podłogę herbaciarni. Gdy odłożyła miotłę, poprawiła sobie sięgającą jej za kolana, granatową sukienkę i nałożyła na nią fartuszek. Przeczesała palcami długie blond włosy i zawiązała jeszcze raz czarną wstążeczkę. Spojrzała w lustro i uśmiechnęła się radośnie. Szef stanął za nią i popatrzył w odbicie zaintrygowany. Już dawno nie widział swojej pracownicy w tak dobrym humorze jak dzisiaj! Ewidentnie wydarzyło się coś, co sprawiło jej tyle radości. Mężczyzna obserwował kątem oka pracującą dziewczynę, która w tym momencie zajęła się wycieraniem filiżanek i przygotowywaniem sklepu do otwarcia. Pozostało jeszcze jakieś pół godziny, lecz ją rozpierała energia. Cóż było przyczyną niepohamowanej radości herbaciarki? Spotkała ją! Wczoraj, całkowitym przypadkiem wpadła na osobę, którą podziwiała i darzyła prawdziwym uczuciem! Co prawda, nie była w stanie wykrztusić z siebie żadnego sensownego słowa, lecz już sam widok obiektu swoich westchnień uznawała za wielką nagrodę. Właściciel spojrzał kątem oka na zegarek i wyszedł zostawiając wszystko w rękach młodziutkiej dziewczyny. Krasnolud popędził do innej knajpy, którą prowadził. Wszystkiego musiał dojrzeć sam, by być pewnym, że jego sklepy są najlepsze w całej stolicy!
Dziewczę tymczasem rozejrzało się po pomieszczeniu szukając sobie zajęcia. Gdy jednak stwierdziła, że zrobiła wszystko, co miała w planach, zwyczajnie usiadła na krześle i zaczęła parzyć herbatę. Zazwyczaj od samego rana miała wielu klientów, więc nie będą musieli czekać tak długo na zamówione napoje, jeżeli przygotuje je wcześniej. Nim się obejrzała zegar wybił godzinę dziewiątą i sklep należało otworzyć. Podeszła do drzwi, wsadziła duży, pięknie zdobiony klucz w zamek i przekręciła. Wrota stanęły otworem, a tuż za nimi znajdował się już pierwszy klient, którego herbaciarka kojarzyła bardzo dobrze.
Przychodził tutaj codziennie. Zawsze bywał przez kilka godzin i zamawiał naprawdę dużo. Bezimienna nie wiedziałas, co było przyczyną jego wizyt w tym miejscu, lecz uważała, że to do niego nie pasuje. Mężczyzna zdawał się być zupełnie z innego świata niż ten, jaki reprezentowała ona wraz ze swoją małą herbaciarnią. Rudowłosy gość patrzył na nią przez chwilę w zamyśleniu, zupełnie inaczej niż zwykle. Owszem, bardzo często ją obserwował, zawsze czuła na sobie jego wzrok, lecz tym razem... Było w tym wszystkim coś dziwnego! Dziewczyna skłoniła się delikatnie i przywitała, ręką zapraszając przybysza do środka. Ten tylko kiwnął głową, a mała kapucynka uwieszająca się na jego ramieniu pomachała do dziewczyny radośnie.
- Czego pan sobie dzisiaj życzy? - Zapytała cicho, bardzo spokojnym i uroczym głosem. Uśmiechała się przy tym radośnie, bo wciąż czuła się szczęśliwa po wczorajszym dniu. Nie dziwił ją dzisiaj nawet niezwykły strój Ezekiela - bo tak się nazywał jej klient - choć nie na co dzień spotyka się mężczyzn w spódnicach. Podobno "to" nazywało się "kilt" i było strojem narodowym w Gaelicji. Lecz Bezimienna nie miała o tych sprawach żadnego pojęcia.
Ezekiel natomiast miał, gdyż stamtąd właśnie się wywodził. Jego zielone, smutne oczy patrzyły na twarz młodziutkiej dziewczyny tak, jakby nie chciały jej wypuścić. Nigdy wcześniej żadnej kobiecie nie udało się zdobyć serca tego bezuczuciowego rebelianta.
- To, co zawsze. - Powiedział cicho i na chwilę się zamyślił. Gaelicja, państwo w którym się urodził. Od stuleci było pod protektoratem Enthernet i chodziły plotki, iż niebawem miało zostać ono całkowicie włączone do królestwa. Rebeliantowi, jak wielu jemu podobnym, się to zwyczajnie nie podobało. Jego kraj powinien pozostać na zawsze wolnym i poprzysiągł na swoje imię, iż nie dopuści do zniewolenia swojego narodu. Jako się nazywał Ezekiel McRaine!
Blondynka zniknęła na chwilę za ladą przygotowując czerwoną herbatę rodem z Gaelicji i wyciągając upieczoną przez siebie babeczkę porzeczkową. Odkąd pamiętała rudowłosy zamawiał właśnie to. W tym samym czasie kapucynka, która towarzyszyła Ezekielowi zaczęła radośnie biegać po sali i nim jej właściciel się zorientował, była już na zapleczu. Pałętała się pod nogami herbaciarki łapkami ciągnąc ją za spódnicę.
- Proszę. - Dziewczyna postawiła przed gościem talerz i filiżankę i już miała iść, gdy do niej przemówił.
- Zostań. Przydałby się ktoś do rozmowy, a jak widzę nie masz jeszcze innych klientów. - Zarumieniła się, lecz bez słowa przy nim usiadła. Nerwowo poprawiała sobie sukienkę, chcąc opuścić ją jak najniżej.
- Na cóż rozmowa ze mną panie? Jestem zwykłą herbaciarką, która nie wie, o czym mówić z kimś takim, jak pan.
- Nie martw się. Jesteś odpowiednią osobą do takich rozmów, niewiasto. Słyszałaś o tym, co stało się tej nocy? - Pokręciła głową.
- Stało się coś poważnego? - Zapytała lekko drżąc. Pomyślała o smokach, które niecałe trzy lata temu po raz kolejny zostały wygnane z królestwa. Wizja spotkania z ogromnym, przerażającym stworzeniem była zbyt straszna, by mogła to sobie wyobrazić.
- Po Romar chodzą plotki. Podobno znaleziono kilka ciał. Dwa należą do Irysów i jedno do Lwa. Każde w innej części miasta. Problem w tym, że nie widziano sprawcy, choć ciała... Cóż, są specyficznie okaleczone, dziewczyno. Rozumiesz, co to znaczy?
- Nie za bardzo. Co ma pan na myśli, mówiąc "specyficznie"?
- Rozszarpane, ale i nadpalone.
- Czyli... To naprawdę może być smok?
- Tego nie wie nikt. Lecz taka mała rada ode mnie, nie wychodź po zmierzchu. W Romar robi się niebezpiecznie. - Dziewczę kiwnęło głową potakująco, starając się powstrzymać napływające do oczu łzy. - Chociaż chyba jesteś bezpieczna. Jak na razie cierpi tylko szlachta. Może to wcale nie smok? A ktoś, kto po prostu ma dość tych wszystkich walk pomiędzy nimi? - Mężczyzna zamyślił się i jadł w ciszy. Jego towarzyszka natomiast zamarła. Bała się. Potwornie się bała, lecz nie o siebie. Jednak nim zdążyła cokolwiek dodać do herbaciarni weszli kolejni goście, a ona zaczęła ich obsługiwać.

***

Było już koło dziesiątej, gdy Nataniel wreszcie wybudził się ze snu. Słońce świeciło radośnie oświetlając pomieszczenie, a w łóżku znajdował się tylko on. Spojrzał zaspanymi oczami na miejsce obok siebie, gdzie jeszcze jakiś czas temu leżała Marie. Było puste i ładnie zaścielone, co oznaczało, że służąca już sobie poszła. Zapewne zniknęła kilka godzin temu, gdyż musiała zająć się pracą. On sam nie za bardzo się tym interesował. Rozejrzał się leniwie po pokoju i niechętnie zaczął zakładać spodnie. Ziewnął głośno i otarł łzę, która mu przy tym spłynęła po policzku. Wstał z łóżka, przeciągnął się i odetchnął. Nowy dzień nastał, a on musi go wykorzystać jak tylko się da! W momencie, w którym zapinał swoją śnieżnobiałą koszulę, usłyszał pukanie do drzwi. Zastanawiał się, czego mogli od niego chcieć. Był bardzo zniecierpliwiony i chciał jak najszybciej zrealizować plan, jaki powstał w jego głowie poprzedniego wieczora.
- Proszę. - Odpowiedział krótko wpinając w żabot broszkę z herbem Lwów. Do pomieszczenia weszła Marie. Nie wyglądała najlepiej, a cerę miała bladą i ewidentnie ledwo stała.
- Panie... Na mieście... - Mówiła cicho spoglądając w ziemię. Nataniel wyraźnie się zaniepokoił.
- Co się stało?
- Dzisiejszej nocy zdarzyła się tragedia. Nie żyją trzy osoby, dwa Irysy i... Hrabia Golberg. - Na chwilę zabrakło mu tchu. Opadł na łóżko czując, jak nogi się pod nim uginają.
- Jak to? Znowu doszło do zamieszek między nami a nimi?
- Ja nic nie wiem panie. Tylko tyle, że to chyba bardzo poważna sprawa, bo kazali mi po pana jak najszybciej iść. Każą się stawić w sali obrad. - Nataniel zaklął pod nosem. Pospiesznie założył marynarkę i skierował się do wyjścia. Widząc roztrzęsioną służkę pogłaskał ją po głowie.
- Odpocznij. Nie musisz dzisiaj pracować. - Po tych słowach wybiegł z komnaty kierując się wprost na miejsce spotkania. W głowie mu huczało, sam nie wiedział, co tak naprawdę się wydarzyło. Jedyne, co przychodziło mu na myśl, to poważne kłopoty. Wiedział, że śmierć trójki szlachciców, w tym jednego z najbliższej rodziny królewskiej wstrząśnie Enthernet. A on jako król musiał to wszystko załagodzić, znaleźć sprawcę i jak najszybciej rozwiązać tę sprawę.
To nie tak, że zainteresował się królestwem. Usprawiedliwiał się w myślach przez całą drogę. Po prostu nie chciał żadnych rozrób. Pragnął świętego spokoju. A Hrabia Goldberg był synem siostry Ernesta. I jednocześnie jednym z najważniejszych doradców Nataniela. Jego strata zaboli z pewnością cały ród, lecz w tej chwili najważniejsze było dowiedzenie się, co tak naprawdę się stało.
Wpadł do pomieszczenia jak burza i w pośpiechu zasiadł na swoim miejscu. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że jest potargany i wszystko ma założone byle jak. Nie przejmował się jednak, gdyż sprawa była zbyt ważna, by zajmować się drobiazgami. Rozejrzał się po obecnych i od razu wiedział, że nie jest dobrze. Odetchnął głośno i złapał oddech po biegu przez cały zamek. Spojrzał na Ernesta, który wpatrywał się w niego zaintrygowany. Nataniel nie wiedział, o co mu chodziło.
- Co się stało? - Zapytał. Wuj jednak chwilę milczał wpatrując się w przejęte oblicze swojego bratanka i jego wargi uniosły się nieznacznie w bardzo delikatnym uśmiechu. Był zaskoczony tym, że król nie zbagatelizował sprawy i w sumie pierwszy raz widział go tak zainteresowanego.
- Trzy zgony. Dwa Irysy, jeden Lew. Każdego znaleziono w zupełnie innej części miasta. - Ernest zaczął powoli i całkiem cicho. Jakby z trudem przychodziło mu każde słowo, a przecież jeszcze nie dotarł do najważniejszego.
- Czyli możemy wykluczyć potyczki klanowe. - Stwierdził Nataniel drapiąc się po głowie. Ewidentnie nad czymś myślał, co zdumiewało członków rady. Zaangażował się w coś, a to już był olbrzymi postęp.
- Królu... Każdy z nich, łącznie z... Hrabią Golbergiem... Oni wszyscy mieli zmasakrowane ciała, jakby ktoś ich rozszarpywał. - Powiedział najstarszy mężczyzna w radzie. Siedział na samym końcu i widać było, że był już zmęczony życiem.
- To znowuż naprowadza nas na walki klanowe. - Mruknął Lione ewidentnie zdegustowany tym, że ciągle krążą wokół jednego punktu. - Nie macie więcej informacji? - Nastąpiła cisza. Wiedział, że chcą powiedzieć o czymś jeszcze, ale nie wiedzą jak. Czekał więc cierpliwie, aż któryś z nich się odważy.
- Zwęglone części ciała. Mówi Ci to coś, Natanielu? - Odważnym okazał się nikt inny jak Ernest. Z resztą, to właśnie on przewodził radą.
- Przychodzi mi na myśl tylko jedno, panowie. - Król westchnął cicho. Już myślał, że ten koszmar się wreszcie skończy. - Znowu smoki. A przynajmniej jeden.
Zapanowała cisza, gdyż wszyscy obawiali się tych słów. Do sali wszedł gwardzista. Młody, dobrze zbudowany mężczyzna o spojrzeniu zimniejszym niż lód. Blond włosy miał ścięte krótko, na nosie okulary. Podszedł jak najbliżej króla, opadł na jego kolano i skłonił głowę.
- Proszę o wybaczenie, najjaśniejszy panie. Moje spóźnienie spowodowane jest zamieszaniem, jakie panuje w mieście. - Nataniel machnął ręką i spojrzał na przybysza.
- O co chodzi?
- To gwardzista, który znalazł ciało hrabiego. - Podpowiedział mu jakiś głos z tyłu, zapewne należący do jednego z młodszych doradców.
- Erwin  Anaregard, dowódca straży lądowej, do usług. - Mężczyzną znowu się skłonił. - Przyszedłem zameldować parę ważnych spraw, panie.
- Mówże więc.
- Trzy ciała, dwa Irysy, jeden Lew. Niczym ze sobą nie związane, poza statusem szlacheckim. Ofiary to Sarael Koring z rodu Irysów, Ofelia Dowell z rodu Irysów i hrabia Gilbert Golberg z rodu Lwów. Staramy się dowiedzieć, co im sie stało, jednak jak dotąd... Nic nie wiemy. - Król kiwnął głową. Wybuchną zamieszki, czuł to w kościach. Zwłaszcza przeciwnicy rodziny królewskiej będą głośno krzyczeć. Miał nadzieję, że Marianne jakoś to opanuje, bo nie miał teraz czasu wysłuchiwać ich zażaleń. Musiał złapać przestępcę i wymyślić sposób na zapewnienie bezpieczeństwa wszystkim mieszkańcom.
- Erwinie, roześlij straże tak, by w każdej dzielnicy miasta było przynajmniej pięciu na każdą zmianę.
- Tak jest! Jeszcze jedno... Ciała miały ogromne rany, najpewniej zadane pazurami. Wygląda na to, że sprawcą może być smok.
- Do tego już doszliśmy.
- Tak, jednak... Trzeba wypuścić list gończy i sprawdzać każdego nowego mieszkańca miasta, panie.
- Tak też zróbcie. To wszystko?
- Tak jest! - Mężczyzna stanął na baczność.
- Informuj nas gdybyś się czegoś dowiedział. A teraz, odmaszeruj. - Nataniel zmęczony opadł na krzesło i spoglądał za odchodzącym gwardzistą. Pogrążył się w myślach, gdyż chciał bezboleśnie i jak najszybciej  rozwiązać tę sytuację. Bardzo kiepską sytuację. Za jego plecami natomiast zaczęły się szepty i szmery, a wszystkie oczy wpatrzone były w niego. Zaskoczeni zmianą postawy króla nie dowierzali temu wszystkiemu. Tymczasem władca wstał i bez słowa wyszedł z sali mamrocząc coś pod nosem.
Wrócił do swojej komnaty, w której nadal przebywała Marie. Siedziała na jego łóżku, podkulając nogi pod siebie i opierając głowę na kolanach. Wzdychała cicho, a gdy wszedł patrzyła na niego zaintrygowana. Zdziwił się, że jeszcze sobie nie poszła. Nie zwracając na nią jednak zbyt wiele uwagi po prostu podszedł do lustra i zaczął rozczesywać swoje włosy.
- Panie? - Zapytała nieśmiało i cicho. - Czy już wiesz, o co chodzi?
- Tak... - Odpowiedział po chwili wahania spoglądają na nią uspokajająco. - Nie martw się. Nie wychodź z zamku, a na pewno nic ci się nie stanie. Tutaj jesteś bezpieczna. A tymczasem... przygotuj proszę mój płaszcz. Tylko ten najmniej wyjściowy. Potrzebuję czegoś, co nie będzie się rzucało w oczy. - Dziewczyna nie pytając o nic wstała i szybko zaczęła szykować to, o co została poproszona. Chwilę później pomagała mu ubierać się do wyjścia. Uśmiechnął się do niej wesoło i nim się spostrzegła, wyszedł. Dokąd? Nie miała pojęcia, lecz nie jej zadaniem było wypytywanie go o takie rzeczy.

***

Romar o tej porze dnia było bardzo zatłoczone. Na ulicach roiło się od ludzi, którzy mieli masę spraw do załatwienia. Na rynku był taki gwar, że Nataniel postanowił skierować swoje kroki gdzie indziej. Wielki kiermasz kończył się za dwa dni, więc kupcy coraz bardziej spuszczali z cen. Nawet będąc w innej części dzielnicy handlowej można było usłyszeć przekrzykiwania się handlarzy i kupujących. Młody król uśmiechnął się pod nosem i odetchnął głośno. Zazdrościł tym wszystkim ludziom. Wiedział, że ich życie nie jest łatwe, a mimo wszystko miał wrażenie, że mają lepiej od niego. Mogą być sobą, mówić co chcą i być tym, kim pragną. On nie miał wyboru. Urodził się by być królem i od małego wiedział, że nim będzie. Zero nieprzewidywalności, czy chociażby małej improwizacji. O nie, jego ojciec bardzo pilnował, by zawsze chodził na lekcje dyplomacji i wymowy. Wszystko było z góry zaplanowane. Nataniel chwilami miał tego dość i korzystał z sytuacji, gdy matka pozwalała mu bawić się w ogrodzie królewskim. Czasami zdarzało mu się zwyczajnie z niego wymykać i wychodzić na ulice Romar. Dopiero, gdy skończył siedemnaście lat zrozumiał, jakie to było niebezpieczne. On, jako mały, bezbronny chłopiec w tym wielkim, pełnym rzezimieszków mieście... Tak, to było głupie z jego strony. Nic jednak nie mógł poradzić na to, że stolica wydawała mu się taka pociągająca. Pewnie dlatego, że całe życie spędził w jednym tylko budynku i tak naprawdę mało wiedział o życiu. Minęło już wiele lat odkąd wyrwał się z zamku i wybrał na spacer po raz ostatni. Dlatego też ten dzień wydawał mu się taki radosny. Kaptur, który z początku miał na głowie opadł teraz na jego plecy. Było zbyt gorąco by go nosić, poza tym, za bardzo by się wyróżniał. Nikt go praktycznie nie znał więc nie obawiał się rozpoznania. Herb Lwów co prawda lśnił na broszce przyczepionej do żabotu koszuli, jednak jego krewnych po Romar krzątało się wiele.
Chodził powoli, chcąc przyjrzeć się wszystkiemu. Oglądał każdą sklepową wystawę z oczami świecącymi z radości. Naprawdę cieszył się, że wreszcie może się wyrwać! Chociaż w głowie, gdzieś tam w środku, cały czas myślał o hrabi Golbergu. I całej tej sprawie z domniemanym smokiem. Bardzo się tym martwił, bo mimo wszystko, miał dobre serce i bardzo przywiązywał się do ludzi. Gilbert był jego kuzynem i to wcale nie takim dalekim. Byli mniej więcej w tym samym wieku i Nataniel zdał sobie sprawę, że jego życie również może znajdować się w niebezpieczeństwie. Tym bardziej, że był królem. Jego rozmyślania przerwały dzieci, które przebiegając obok popchnęły go tak, że wpadł na szybę sklepu z biżuterią. Przez chwilę miał ochotę nakrzyczeć na nich i zbesztać, jednak jego wzrok skupił się na małej błyskotce umieszczonej na wystawie. Był to drobny, srebrny pierścionek z dosyć sporym diamentem. Lione wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę w całkowitej ciszy. Przerwał, gdy zdał sobie sprawę, iż przez chwilę nie oddychał. Wypuścił z siebie głośno powietrze. Zastanawiał się. Przedmiot wydał mu się idealny na ceremonię zaręczyn z Marianne, ale nie wiedział, jak zareaguje na to rada. Na to, że znalazł pierścionek sam, a nie pozwolił im wybrać. Strasznie go irytowali, zwłaszcza wtedy, gdy sądzili, że jest głupkiem. Jakby nie potrafił dobrać sobie stroju do ważnej ceremonii, czy nie poradziłby sobie z kupnem prezentu. Zawsze było tak, że zanim on się zorientował, to, co miał komuś ofiarować, stało już w jego komnacie, zapakowane. Nigdy się nie starał, to prawda, lecz oni ani razu nie dali mu szansy na to, by mógł zrobić coś sam. Z czasem nauczył się korzystać z tego, co dla niego robili i samemu nie dawać od siebie absolutnie nic.
Wszedł do sklepu w akompaniamencie dzwonka, który przywieszony był do drzwi. Skinieniem głowy przywitał się ze sprzedawcą i zaczął oglądać jego wytwory. Wszystkie były równie piękne, co pierścień zauważony na wystawie. Każdy drobny przedmiot wydawał się taki kruchy, a jednocześnie intrygujący. Były to naszyjniki, pierścionki czy kolczyki. Znalazł nawet piękne kolie, z których nie jedna kobieta byłaby naprawdę zadowolona. Chrząknął cicho i podszedł do lady, za którą siedział, najprawdopodobniej, właściciel sklepu. Nataniel przyjrzał mu się uważnie. Był to dosyć niski, starszy mężczyzna. Twarz miał całą w zmarszczkach, lecz uśmiech jaki cały czas znajdował się na jego twarzy świadczył iż pojawiły się one z wesołości, a nie smutku. Ciemne oczy patrzyły uważnie na poczynania króla, jednak wydawały się bardzo spokojne. Ogromne wąsy zdawały się ruszać za każdym razem, gdy mężczyzna wypuszczał powietrze z płuc.
- Czym mogę służyć, paniczu? - Zapytał radośnie, lecz z należytym szacunkiem.
- Widziałem na wystawie pierścionek... - Zaczął cicho Nataniel, nie za bardzo wiedząc, jak rozmawia się z normalnymi ludźmi. Sklepikarz jednak ułatwił mu całą sprawę i od razu podszedł do okna. Wziął w dłonie przedmiot, który tak zafascynował jego klienta i powrócił z nim na swoje miejsce. Wyciągnął ręce przed siebie, by blondyn mógł przyjrzeć mu się lepiej.
- To o ten paniczowi chodzi?
- Tak, to ten. Dziękuję. - Oczy króla rozbłysły radośnie. Wiedział, że znalazł naprawdę wspaniały prezent dla swojej narzeczonej. Narzeczonej? Jak to dziwnie brzmiało! Nataniel nie mógł przyzwyczaić się do myśli, iż niebawem ożeni się ze swoją małą przyjaciółką. Ale takie były realia ich świata i tak musiało po prostu być. Pogodził się z tą myślą, mając tylko nadzieję, że nie wywoła to jakiejś tragedii. Czuł gdzieś wewnątrz siebie, że to wszystko skończy się źle. Teraz jednak był zbyt zajęty oglądaniem pierścionka. Wziął go i zaczął delikatnie obracać. Diament skrzył się w świetle słońca, zachęcając go do kupna.
- Sto osiemdziesiąt sztuk złota. Bardzo solidna robota. Nie moja, lecz przyjaciela. Jubilera z Carstwa Romalii. - Król gwizdnął pod nosem. Całkiem sporo, nawet jak na kieszeń króla. Romalia, królestwo, z którego pochodziła jego matka - Meredith, było jednak daleko od stolicy i sprowadzenie go do tego konkretnego sklepu musiało dużo kosztować. Nataniel zastanawiał się przez chwilę, nie chcąc trwonić pieniędzy na coś, co nie było tego warte. Jednak znalazł kilka korzyści z zakupu właśnie tego pierścionka. Po pierwsze, był pewien, że Marianne będzie się podobał. Po drugie, jemu samemu będzie przypominać o zmarłej trzy lata temu królowej. No i po trzecie i chyba najważniejsze, pokaże radzie, że potrafi poradzić sobie sam w takich sytuacjach, jak ta! Nie zwlekając wyciągnął sakiewkę i podał mężczyźnie żądaną kwotę.
- Dobry zakup chłopcze. Podaruj go kobiecie, którą kochasz. - Mruknął sprzedawca uśmiechając się serdecznie i chowając pieniądze do szuflady.
- Którą kocham? - Lione wydawał się zamyślony i odrobinę smutniejszy niż jeszcze przed chwilą.
- Nie masz takiej? Myślałem, że to dla kogoś bliskiego twemu sercu.
- Mam bliską mi osobę, ale... Nie sądzę, by to była ta jedyna, rozumie pan. Nie zmienia to faktu, iż i tak muszę ją poślubić. Mam nadzieję, że jej się spodoba. - Właściciel na chwilę zamilknął przyglądając się twarzy klienta.
- Dobry z ciebie chłopak, dlatego powiem ci, co myślę. Możesz mnie uznać za starego, nie znającego się na niczym sklepikarza. Jeżeli jej nie kochasz, to nie powinieneś się w to bawić. Z pewnością w końcu znajdziesz kogoś, komu twoje serce odda się całkowicie.
- Gdyby to było takie proste! Nie mogę nic z tym zrobić. Próbowałem, lecz nie mnie o tym decydować.
- Ach, naprawdę nie zazdroszczę szlachcie. Sami nie możecie o sobie decydować, chłopcze. Życzę ci, by jednak ta dziewczyna okazała się wspaniałą towarzyszką życia i byś ją pokochał. - Nataniel skinął głową na podziękowanie i odszedł zamyślony. Prezent schował głęboko w kieszeni, nie chcąc go zgubić. Byłaby wielka szkoda, gdyby tak się stało.
Gdy wyszedł ze sklepu dojrzał tłum ludzi stojący w kole. Z ciekawości podszedł bliżej, ale szybko musiał się schować za jakimś rosłym mężczyzną, gdyż w samym środku stał nie kto inny, jak dowódca straży.
- Mieszkańcy Romar! - Rozniósł się donośny głos Erwina. - Dzisiejszej nocy w mieście zginęło troje ludzi. Sprawca nie został jeszcze pojmany. Z tego powodu na dniach odbędzie się spis ludności. Radzimy nigdzie nie wyjeżdżać, ani nie wychodzić po zmroku. Zamykajcie domostwa i trzymajcie się z daleka mrocznych ulic. - Gwardzista skończył mówić i po prostu odszedł. Jego ludzie rozwieszali notatki o spisie ludności na budynkach, tak, by nikt ich nie pominął. Nataniel kiwną głową z aprobatą i uśmiechnął się pod nosem. Zdecydowanie był zadowolony z pracy dowódcy. Kto by pomyślał, że dopiero dzisiaj go poznał? Tłum rozstapił się i każdy powrócił do swoich spraw. Co jakiś czas jednak mieszkańcy łączyli się w grupki i szeptali cicho komentując ostatnie wydarzenia. Nataniel ruszył przed siebie, nie zwracając uwagi na to, dokąd tak naprawdę zmierza.

***

Tymczasem na zamku panowała cisza. Wszyscy czuli się tak, jakby ktoś z całej siły uderzył ich po twarzy. Na sali obrad, choć była na niej prawie cała rada, nikt się nie odzywał. Powietrze zdawało się być tak gęste, jakby można było je kroić nożem. Ernest siedział na swoim miejscu i wodził wzrokiem po wszystkich obecnych. Zastanawiał się, kto stoi za tym atakiem. Nie chciał dopuścić do siebie wiadomości, iż mógł to być smok. Pamiętał jak wiele sił trzeba było użyć, by wygnać tego ostatniego, który pojawił się trzy lata temu. Za czasów Alistora było na tyle spokojnie, iż przez cały okres jego panowania w Enthernet nie pojawił się ani jeden z tych wielkich, przerażających stworzeń. Ale Ernest pamiętał, że gdy był mały, a królem był jego wuj, w królestwie zdarzyło się kilka ataków smoków. Jako dziecko bardzo go fascynowały i chciał je spotkać. Czytał legendę królestwa o tym, jak za czasów Jacka całe stado atakowało ich kraj. Teraz wiedział, jak ciężko było przodkowi Lwów je wszystkie pokonać. Westchnął. Tylko, że Jack nie był sam. Swojej mocy użyczyła mu Charlotte, założycielka Irysów. Kobieta, która najbardziej na świecie nienawidziła właśnie jego. Jak to możliwe, że zapomniała o urazach i pokonała smoki za cenę własnego życia?
Ciszę w pomieszczeniu przerwał dźwięk otwieranych drzwi i odgłos kroków. Oczy wszystkich skierowały się na postać kobiety, która weszła do środka. Skłoniła głowę, na co wszyscy odpowiedzieli tym samym. Ernest wstał, wcale nie był zdziwiony jej obecnością.
- Witaj, panienko Marianne. Normalnie zapytałbym, co cię do nas sprowadza, lecz w tym przypadku mogę się domyślać. Wiem aż za dobrze, po co tu przyszłaś.
- Owszem. Przybyłam przedyskutować sytuację. Zwołałam spotkanie rodu, by wszystko wytłumaczyć moim krewnym. By móc to zrobić, muszę znać szczegóły. I chcę wiedzieć, co zamierzacie z tym zrobić. - Stojący za nią Drazel z kamiennym wyrazem twarzy zdjął z jej ramion pelerynę i odsunął krzesło, które wskazał przywódca rady króla.
- Powiemy ci wszystko, co jest nam znane. Jednak nie licz na wiele panienko. Sami nie wiemy tak naprawę, co się dzieje. - Marianne kiwnęła głową rozglądając się po sali.
- Gdzie jest Nataniel? Nie powinien tu być razem z wami?
- Był wcześniej, wydał rozkazy i wyszedł. Znasz go dobrze, wiesz, że nie usiedzi z nami długo. - Ernest roześmiał się przyjaźnie. - Ale może wyślemy kogoś po niego? Powinien siedzieć w swojej komnacie.
- Rozumiem. Drazel, pójdź po Nataniela. - Rozkazała blondynka, a jej strażnik skinął tylko głową i wyszedł. Bardzo nie lubił zostawiać jej samej, zwłaszcza w obecności Lwów. Jednak taki dostał rozkaz i jedyne co mógł zrobić, to jak najszybciej wypełnić zadanie.
Nie zwracając na nic uwagi szedł szybko, wprost do komnaty króla. Znał zamek całkiem nieźle, bowiem jego pani bardzo często tutaj bywała. Dobrze wiedział, w którą stronę musi się udać. Na korytarzu nie było praktycznie nikogo. Nim się spostrzegł znajdował się już pod drzwiami. Zapukał lekko i czekał chwilę. Nikt się nie odzywał, więc uchylił delikatnie drzwi i wszedł do środka. Z początku wydawało mu się, że nikogo wewnątrz nie było. Wtedy jednak jego wzrok padł na łóżko i leżącą na nim kobietę. Drazel zmarszczył brwi i podszedł bliżej, by zobaczyć jej twarz. Była młodziutka, delikatna i miała na sobie strój służącej. Kiedy stał już przy łóżku rozpoznał ją. Wiedział, że była to dziewczyna zawsze pomagająca Natanielowi, gdziekolwiek się udał. Co jednak robiła w jego łożu? Chrząknął. Zastanawiał się, co zrobić, bo w końcu to bardzo nietypowa sytuacja. Wyciągnął dłoń i szturchnął delikatnie ramię dziewczyny, która momentalnie się przebudziła. Spojrzała na niego wielkimi, przerażonymi oczami i wstała jak najszybciej. Nie był to jednak dobry pomysł, gdyż zakręciło jej się w głowie i poleciała do przodu z myślą, że za chwilę uderzy o podłogę. Nic takiego jednak się nie stało, dziewczę bowiem znajdowało się w ramionach mężczyzny, który ją tak przeraził.
- Wszystko w porządku? - Usłyszała szorstki, lecz w pewien sposób pociągający głos. Pospiesznie się odsunęła, a na jej twarzy zagościł olbrzymi rumieniec.
- Przepraszam.  - Skłoniła się nisko zażenowana.
- Nic się nie stało. Szukam króla, wiesz może, gdzie on się podziewa?
- Ach, panicz... Wyszedł jakiś czas temu, ale nie wiem dokąd się udał. - Podniosła głowę i tak naprawdę dopiero mu się przyjrzała. Twarz wydawała jej się znajoma, lecz przez chwilę nie mogła sobie przypomnieć, dlaczego. Herb Irysów wyszyty na jego marynarce bardzo szybko naprowadził ją na dobry trop. - Czyżby panienka Marianne przyszła spotkać się z paniczem?
- Owszem. - Kiwnął głową rozglądając się po pomieszczeniu. - Swoją drogą, co takiego robiłaś w tej komnacie?
- Ja... - Skuliła się pod jego spojrzeniem, które ewidentnie nie było przyjazne. - Dzisiaj rano nie czułam się najlepiej... Wie pan, przez tę całą sytuację... Panicz pozwolił mi tutaj zostać i chwilę odpocząć, bo ledwo stałam. I...
- Rozumiem. - Powiedział bez jakiegokolwiek uczucia. Marie przyjrzała mu się zaintrygowana. Nie wiedziała, czy nią pogardzał, czy był zły, czy po prostu go to nie obchodziło. Czuła się jednak okropnie i nic temu nie zaprzeczało. W głowie wciąż miała wspomnienia poprzedniej nocy i chciała spalić się ze wstydu. Nigdy sobie nie wybaczy swojej głupoty. Zawsze pogardzała takimi kobietami, a sama nie była od nich lepsza.
- Może powinnaś wrócić do swojej komnaty i odpocząć dłużej? Nie wyglądasz najlepiej. - Drazel przyjrzał się jej bladej twarzy i westchnął. - Odprowadzę cię, żeby mieć pewność, że nie zasłabniesz gdzieś po drodze.
- Ależ naprawdę, nie trzeba!
- Nie marudź. Skoro nawet król kazał ci odpocząć, miał ku temu powód. Prowadź. - Podszedł do drzwi i otworzył je przed nią. Dziewczyna spoglądając cały czas na ziemię nieśmiało do niego podeszła i wyszła z pomieszczenia.
Szli w milczeniu, bo nie znali się na tyle, by mieć o czym rozmawiać. Marie była zamyślona, a jej wzrok skupiał się przede wszystkim na podłodze. Drazel spojrzał na nią i zmarszczył brwi. Ewidentnie mu coś w niej nie pasowało, lecz jeszcze nie wiedział co. Nagle dziewczyna przystanęła, przygryzła wargę. Odwrócił się i już miał zapytać, o co chodzi, gdy sama zaczęła mówić.
- Proszę nikomu nie mówić, że byłam w komnacie króla. - Skłoniła głowę najniżej jak tylko mogła i czekała na jego reakcję.
- Będziesz miała z tego powodu jakieś nieprzyjemności? - Kiwnęła głową. - Niech będzie. Nikomu nie powiem.
- Bardzo dziękuję! - Kamień spadł jej z serca i nawet delikatnie się uśmiechnęła. Dogoniła go i dalej szli już bez jakiejkolwiek rozmowy. Czasem jednak przyglądał jej się kątem oka. Cały czas miał ten sam wyraz twarzy, więc nie było wiadome, o czym tak naprawdę myśli. Wkrótce dotarli do komnaty przeznaczonej dla służby i po krótkim podziękowaniu ze strony dziewczyny rozstali się. Drazel zaczął wracać do swojej pani, którą zostawił na dłużej niż tego chciał.
Marianne siedziała wysłuchując Ernesta, który opowiedział jej wszystko, co ustalili na zebraniu rady. Nie było tego wiele i dziewczyna wcale nie poczuła się uspokojona. Wychodziło na to, że w królestwie znowu jest smok. Przygryzała wargę co chwilę czując metaliczny smak krwi. W dodatku Drazel długo nie wracał i zaczynała się odrobinę martwić. Sama nie wiedziała o co. Czy o niego, czy o Nataniela, który miał z nim przyjść. Jedno było pewne, była w tym momencie kłębkiem nerwów. I nie wiedziała jak poradzić sobie z rzeczywistością, która boleśnie dopiekła dzisiaj i Irysom i Lwom. Wuj króla przyglądał jej się uważnie i uśmiechnął lekko.
- Zmienia się.
- Słucham? - Zapytała wyrwana z zamyślenia.
- Nataniel. Zmienia się. Dzisiaj wszyscy byli pod wrażeniem tego, jak sobie poradził.
- To dobrze. Jest dobrym królem, musi tylko w siebie uwierzyć. Wydaje mi się, że właśnie tego mu brak.
- Możliwe, że masz rację. - Rozmowę przerwało wejście na salę sługi Głowy Irysów.
- Księżniczko, króla nie było w komnacie. Służąca powiedziała, że gdzieś wyszedł, ale nie wiedziała dokąd.
- Znowu się zaczęło... - Cicho dodał Ernest, jakby wątpiąc w to, co powiedział jeszcze chwilę temu.
- Co zajęło ci więc tyle czasu? - Spokojny głos Marianne rozniósł się po pomieszczeniu.
- Odprowadziłem służkę do komnaty, wyglądała tak, jakby miała zaraz zemdleć. - Dziewczyna kiwnęła głową uśmiechając się delikatnie. Drazel taki był, wiedziała dobrze. Mimo oschłej powierzchowności miał dobre serce i zawsze pomagał, gdy tylko mógł. A ona bardzo to w nim doceniała.
- Cóż, skoro nie wiemy kiedy wróci, powinnam chyba się zbierać. - Wstała z krzesła i skłoniła się całej radzie królewskiej. - Dam wam znać, co działo się na spotkaniu Irysów. Módlcie się o to, żeby przebiegło spokojnie. - Mruknęła cicho i wraz ze swoim oddanym strażnikiem wyszła z pomieszczenia. W myślach miała już wizję zebrania rodzinnego. Wiedziała jak silne emocje to wszystko wzburzy. Bała się. Bała się rebelii, a przede wszystkim... Cecylii.

***

Nataniel w tym czasie błądził po mieście zdając sobie sprawę z tego, że się zgubił. Tłok jaki panował na ulicach wcale nie polepszał jego sytuacji, gdyż nie widział, dokąd tak naprawdę zmierza. Mimo to, szedł przed siebie zadowolony z zakupu. Trzymał go bardzo głęboko w kieszeni tak, by zmniejszyć szansę zgubienia go do minimum. Chciał zobaczyć miny członków rady, gdy pokaże im swój zakup. Wiedział, że będą zdziwieni, być może nawet bardziej niż dzisiaj rano. Zastanawiał się, jak zareaguje na to Marianne. Właściwie, nadal nie był do końca zadowolony z takiego obrotu spraw, lecz zaczął powoli to akceptować. Musiał w końcu dorosnąć i dopiero teraz to zrozumiał. Miał już dwadzieścia trzy lata, a zachowywał się jak dwunastolatek. Myślał, że życie polega na braniu tego, co się chce. Chociaż nie, nie do końca tak było. Nataniel, jak większość ludzi, nosił maskę. Maskę idioty, kobieciarza i kogoś, kogo obchodzi tylko czubek własnego nosa. Tak naprawdę był to jego sposób na ucieczkę od bolesnej rzeczywistości. Czy był tchórzem? Owszem. Bał się prawdziwego życia i tego, co może go w nim spotkać. Nie chciał przyjmować niepowodzeń i uczyć się z nich. Nie, chciał uniknąć cierpienia, które regularnie, co jakiś czas pukało do jego drzwi. Po śmierci matki obiecał sobie, że się dla niej postara. Lecz po krótkim czasie okazało się, że jest na to za słaby. Zaczął unikać spotkań rady, chodzić swoimi ścieżkami i podrywać panienki, kiedy tylko się dało. Wciąż pamiętał dzień, w którym ukazano mu jego przeznaczenie. Od tamtej pory robił wszystko, by uniknąć tego, co miało stać się jego przyszłością. Lecz dopiero teraz zrozumiał, że robił to źle. Pomyślał o Marianne, która nie unikała swojej roli. Robiła wszystko tak, jak należało. Na pewno było jej ciężko, a mimo to była na tyle odważna, by stanąć na czele rodu mając zaledwie piętnaście lat. Podziwiał ją.
Nagle zdał sobie sprawę, że doszedł do rynku. Zrobiło się na nim odrobinę luźniej niż wcześniej, więc dostrzegał handlarzy wesoło zapraszających do kupowania. Już miał podejść do jednego z nich, gdy rozległ się krzyk. Złodzieje, tak przynajmniej wywnioskował Nataniel. Ujrzał uciekającego mężczyznę i biegnącą za nim zapłakaną kobietę. Nie zwlekając zbyt długo, i nie myśląc przy tym ani trochę, wyszedł rzezimieszkowi na spotkanie i wyciągnął miecz, który miał przypięty do pasa.
- Stój. - Powiedział cicho, lecz tonem nie znoszącym sprzeciwu. Mężczyzna zatrzymał się i zaśmiał Lione w twarz.
- A co mi zrobisz, co?
- Co zrobię? - Nataniel uśmiechnął się pod nosem i wymierzył bronią w niego. - Pokażę, że w Królestwie Enthernet nie bawimy się z takimi plugawcami jak ty!
- Nie rozśmieszaj mnie chłopcze. - Przeciwnik śmiał się kpiąco. Kobieta, której sakiewka znajdowała się w jego dłoniach dobiegła właśnie do nich i przyglądała się przestraszona. - Taki dzieciak jak ty nie może mi nic zrobić.
- Przekonamy się? Jesteś zbyt pewny siebie. Oceniasz mnie po pozorach, choć nic o mnie nie wiesz. - Nataniel machnął mieczem, który zahaczył o koszulę mężczyzny i rozciął ją lekko. - Pierwsza zasada, nie lekceważ przeciwnika.
- Ha, zobaczymy chłopcze. - Złodziej wyciągnął szpadę i zamachnął nią na blondyna. Ten zgrabnie sparował jego atak uśmiechając się przy tym radośnie. Już dawno się tak nie bawił i choć było to niebezpieczne, nie zamierzał przestawać. W końcu pomagał komuś, kto tej pomocy potrzebował. Nie zwlekał zbyt długo, w momencie, w którym nacisk przeciwnika zmalał, sam zaatakował go od dołu, ponownie rozcinając koszulę złodzieja. Zaczął się on wycofywać, a Nataniel podążał w krok za nim. Nie dawał mu szans na ucieczkę, czy jakikolwiek kontratak. W pewnym momencie rzezimieszek dotknął plecami ściany karczmy.
- I co teraz? Nie masz jak uciec. - Król przystawił mu do szyi ostrze i patrzył na niego błyszczącymi z radości oczami. Chwilę później pojawili się gwardziści i zabrali złoczyńcę do lochów, a sakiewkę oddali prawowitej właścicielce. Kobieta, a właściwie dziewczyna, gdyż nie mogła mieć więcej niż szesnaście lat uśmiechnęła się i skłoniła głowę w podzięce Natanielowi. Ten tylko uśmiechnął się zawadiacko i zniknął, zanim na placu pojawił się Erwin.

***

Cecylia tego dnia spała dłużej niż zwykle i wstała dopiero o godzinie dziesiątej. Promienie słońca wpadały do jej pokoju rażąc ją w oczy tuż po tym, jak je otworzyła. Podniosła się przeciągając lekko i mrucząc pod nosem. Podeszła do okna i zdawała się nie pamiętać już o wczorajszym spotkaniu z dziwną nieznajomą. Myślami błądziła gdzieś na granicy snu, a rzeczywistości, więc jeszcze nie do końca oprzytomniała. Nie czekając na specjalne zaproszenie, sięgnęła po jedną ze swoich codziennych sukien i ubrała się w nią pospiesznie. Długa, ciemnoczerwona, zdawała się podkreślać każdą część jej ciała. Dziewczyna przeczesała włosy i skierowała się na niższe piętro, gdzie z daleka słyszała już głosy rodziców. Po drodze mijała portret Charlotte, do której tylko się uśmiechnęła. Im bliżej salonu się znajdowała, tym więcej słyszała. Zdawało się, że w pomieszczeniu był ktoś spoza domowników, lecz jeszcze nie usłyszała głosu gościa. W drzwiach zderzyła się z Thompsonem, kamerdynerem. Uśmiechnęła się przepraszająco a on skłonił jej nisko.
- Rodzice mają jakiegoś gościa? - Zapytała zaciekawiona całą tą sytuacją.
- Mają. Ale niech panienka do nich już idzie, bo właśnie kazali mi po panienkę pójść. - Cecylia posłuchała służącego i weszła do środka. Zanim dostrzegła twarze rodziców, jej uwagę przykuł mężczyzna siedzący na kanapie na przeciwko ojca. Dziewczyna na chwilę zapowietrzyła się i musiała wyglądać mało inteligentnie.
- Cecylio! - Rozległ się wesoły głos Jeremiaha.
- Tak tato? - Zapytała cicho, cały czas wpatrując się w pociągającą twarz przybysza.
- No chodźżeż dziecko, usiądź. Darrel w końcu przyszedł do ciebie, nie do nas. - W tym momencie poznany na balu mężczyzna wstał i poczekał, aż do niego podejdzie. Gdy to zrobiła, absolutnie nie wiedząc, co się wokół niej dzieje, złapał ją za dłoń i ucałował lekko.
- Panienko. - Uśmiechnął się przy tym w taki sposób, iż nie można było go nie polubić. Wpatrywali się w siebie przez dłuższą chwilę, aż do momentu, gdy ciszę przerwało chrząknięcie Suzanne Luparie.
- Cecylio, kochanie. Usiądź. - Rozkazała matka i tak też się stało. Siedzieli obok siebie, na przeciwko rodziców dziewczyny. On zdawał się być tą całą sytuacją wręcz rozbawiony i cały czas o czymś mówił. Ona natomiast umierała z ciekawości. Nie mogła usiedzieć na miejscu, gdyż cały czas zastanawiała się, czego mógł od niej chcieć. W ogóle nie słuchała tego, o czym rozmawiają. Uśmiechała się tylko uroczo i potakiwała w niektórych momentach, całkowicie automatycznie. W pewnej chwili brunet podniósł się i spojrzał na nią błyszczącymi oczami. Nie wiedziała, co to miało znaczyć, lecz również wstała.
- Co byś powiedziała na spacer, Cecylio? - Zaproponował mrugając do niej znacząco.
- Z przyjemnością! Nie macie nic przeciwko, prawda? - Rodzice spojrzeli po sobie.
- Nie, absolutnie. - Wydawali się zadowoleni. Cóż, w ich oczach ta dwójka naprawdę się sobą zainteresowała i sądzili, że nareszcie udało im się znaleźć idealnego kandydata na rękę ich córki.
Młodzi wyszli więc pospiesznie, cicho żegnając się z gospodarzami. Cecylia uśmiechała się lekko, gdy Darrel otwierał przed nią drzwi. Jeszcze przez dłuższą chwilę żadne z nich się nie odzywało. Dopiero za rogiem, gdy wydawało się, że nikt ich z posiadłości ani nie dostrzeże ani nie usłyszy zaczęli rozmowę.
- A więc? O co chodzi?
- Zaraz się dowiesz Cecylio, zaraz się dowiesz! - Mężczyzna zdawał się być bardziej podekscytowany niż ona. - Wybacz, że tak długo nie przychodziłem. Dopiero wróciłem do Romar i musiałem pozałatwiać parę spraw.
- Rozumiem.
- Gdy tylko dotarłem na ląd usłyszałem od swojego przyjaciela, Rolanda ciekawą plotkę.
- Jaką plotkę?
- Plotkę o niejakiej C, Cecylio. Czyżbyś wiedziała o kogo chodzi? - Zaśmiał się pod nosem. Ona natomiast zarumieniła się i odwróciła wzrok.
- Co oni znowu o mnie mówią! Zaraz, Roland powiadasz? Ten Roland?
- Zapewne ten, choć nie wiem jak wielu Rolandów cię uwielbia.
- Jakie tam, uwielbia. Po prostu dobrze wypełnia swoje obowiązki z miłości do kraju, w którym żyje. - Zaśmiał się.
- Naprawdę w to wierzysz? Cecylio! Oni wszyscy już dawno stracili by zapał, gdyby nie ich miłość do ciebie.
- Co we mnie można kochać. Jestem zwyczajną kobietą. - Chrząknęła. - Ja po prostu chcę zdobyć to, czego większość z nich pragnie, ale się boi.
- To już sprawia, że jesteś wyżej od nich. I dzięki temu tak bardzo cię podziwiają. Jestem wielce zdziwiony, że jeszcze nie znalazłaś sobie męża, wśród tylu kandydatów...
- Żaden nie był odpowiedni. Ale wróćmy do sedna Darrelu. Jak sądzę, małżeństwo ze mną jest jedną wielką przykrywką czegoś większego.
- Owszem. Wybacz to oszustwo. Sądziłem, że lepiej będzie, jeżeli będę uchodził za kandydata na twojego męża.
- Bardzo sprytny plan, lecz mnie to nie dziwi. Wyglądasz na inteligentnego. I bogatego. Dlaczego popierasz rebelię? - Szeptali do siebie chodząc po ulicach miasta, samemu nie wiedząc dokąd tak naprawdę się kierują.
- Od dziecka popierałem Cecylio. Irysy powinny rządzić królestwem i obydwoje bardzo dobrze o tym wiemy! - Mówił przekonująco, lecz dziewczyna nie do końca mu pod tym względem dowierzała. Wolała jednak poczekać na rozwój sytuacji. Z początku będzie miała go po prostu na oku.
- Rozumiem. Więc co takiego o mnie usłyszałeś i czemu akurat do mnie się zwróciłeś?
- Usłyszałem, że rewolucja ma szansę powodzenia dzięki kobiecie, którą duża część rodu stawia na równi z samą głową. Wiele pochlebstw na twój temat dotarło do mych uszu i szczerze mówiąc... Nie dziwię im się. Nie znam cię jeszcze zbyt dobrze, ale już widzę, że wiele potrafisz. Mam nadzieję, że uda ci się to, o czym wielu twoich przodków marzyło. - Kiwnęła głową. Szli w ciszy, docierając na rynek. Stanęli gdzieś z boku, a Darrel spojrzał jej prosto w twarz.
- Zechcesz takiego sprzymierzeńca jak ja?
- Zastanowię się. - Odpowiedziała słodko śmiejąc się przy tym delikatnie. Mogło to wyglądać na zwykły flirt, lecz Cecylia istotnie zastanawiała się nad tym, czy zaufać nieznajomemu. Wolała być ostrożna, lecz tak naprawdę nie miała zbyt wiele do stracenia.
- Odpowiedź dam ci jutro Darrelu, muszę wiele rzeczy przemyśleć. - Powiedziała i już mieli iść dalej, gdy wpadł na nich mały chłopiec. Przeprosił i podbiegł szybko do swojej matki.
- Mamo, mamo! - Krzyczał, a stojąca obok para wszystko słyszała.
- Co się stało synu?
- Kim są cerbery?
- Czemu o to pytasz?
- Bo Anar mówi, że chce być cerberem, a ja myślałem, że nie można nim się stać, od tak!
- Ach, wiesz... Cerbery to...
- Ludzie, którzy zdobyli umiejętność transmutacji, czyli przemiany w coś innego. - Do rozmowy wtrąciła się Cecylia uroczo uśmiechając do chłopca. - Zazwyczaj przemieniają się w zwierzęta. Lecz obecnie mało kto zna tę sztukę, a opanowanie jej jest strasznie trudne! - Pstryknęła chłopca w nos.
- Teraz umiejętność transmutacji przekazywana jest z pokolenia na pokolenie w niektórych rodzinach. Dzięki krwi swoich przodków są w stanie ją opanować bez obawy o skutki uboczne. - Dodał Darrel pochylając się nad nimi. - Ludzie, którzy bez żadnych zdolności i predyspozycji bawią się w zmiany zazwyczaj kończą jako to, w co chcieli się przemienić. Bądź cudem wracają do ludzkiej postaci z różnymi defektami.
- Defektami? - Zapytał mały z szeroko otwartymi oczami z ciekawości.
- Na przykład króliczymi uszami na stałe! Albo psim ogonem. - Zaśmiał się Darrel, a Cecylia spojrzała na niego trochę nieobecna.
- Transmutacja nie jest zabawą, przekaż to swojemu koledze. Obecnie tylko Lwy i Irysy są w stanie dokonać pełnej przemiany i powrócić do swojego poprzedniego kształtu. - Powiedziała cicho, a chłopiec jej przytaknął. Chwilę potem pożegnali się z matką i jej synem. Ruszyli w drogę powrotną do posiadłości Irysów, gdy na dziedzińcu pojawili się gwardziści i zaczęli oznajmiać wieści o tym, co stało się w nocy. Cecylia zamarła a jej towarzysz zacisnął dłoń na jej ramieniu. Obydwoje znali ludzi, którzy tej nocy zostali zamordowani. Smutek wdarł się w ich serca. Stali przez chwilę nieruchomo, nie wiedząc co ze sobą począć. W tym momencie ktoś na nich wpadł.
- Przepraszam! Och, Cecylio, Darrelu! - Był to młody chłopak o włosach miedzianych i czystym spojrzeniu niebieskich oczu.
- Roland? A dopiero co o tobie mówiliśmy! - Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie i zaczęli rozmawiać o wypadku.
- Marianne zwołała zebranie. Pewnie chce nam wmawiać, że to nic takiego i mamy nie podejmować pochopnych decyzji. - Burczał pod nosem rudowłosy.
- Zebranie? Gdzie? Za ile? - Zapytała Cecylia.
- Główna posiadłość. Właśnie tam idę.
- Pójdziemy z tobą. - Zarządził brunet i tak właśnie się stało.
Droga do posiadłości głowy rodu nie była długa, więc przeszli ją bardzo szybko. W pośpiechu i ciszy weszli do środka kierując się wprost do sali, w której odbył się ostatni bal. Większość rodziny już się tam znajdowała, a Cecylia kątem oka mogła dostrzec swoich rodziców. Pod oknem, na samym czele gromady stała Marianne spoglądając na ród ze smutkiem. Bała się, a gdy ujrzała byłą przyjaciółkę wchodzącą do środka zatrzęsła się. Wiedziała, że musi podołać zadaniu i nie dopuścić do jakichkolwiek ataków na Lwy. Musi wszystko załagodzić i doprowadzić do zgody między oboma rodami.
- Kochani. Zapewne wszyscy z was słyszeli już, co stało się tej nocy. - Mówiła głośno, tak, by każdy mógł ją usłyszeć. - Niezmiernie przykro mówi się o takich sprawach, lecz nie możemy tego zostawić. Rada królewska wraz z królem na czele starają się rozwikłać sprawę najszybciej jak się tylko da.
Przestań pieprzyć, myślała Cecylia. Widziała w Marianne osobę, która już sprzedała się Lwom i zamierzała bronić ich choćby za cenę własnego honoru, czy nawet życia. Nie mogła tego znieść, lecz siedziała cicho. To nie był dobry moment, by wywoływać dysputy i burdy.
- Dochodzenie wskazuje na to, że sprawcą był smok, dlatego też Nataniel bardzo prosi, by nikt nie wychodził po zmroku. - Tutaj łgała jak z nut, w końcu wcale nie widziała się z królem. Stwierdziła jednak, że tak właśnie by powiedział, dlatego pozwoliła sobie użyć jego imienia. Wszyscy kiwali głowami ze zgodą. Nikt się nie sprzeciwiał, bo wszyscy nadal byli w szoku po starcie bliższych, bądź dalszych krewnych.
- Na dzisiaj to wszystko. Nie wiem nic więcej, poza tym, że list gończy został sporządzony i od jutra zaczną się rewizje nowo przybyłych.
- Cholera. - Cecylia usłyszała szept wydobywający się z ust Darrela.
- Co jest? - Zapytała równie cicho.
- Moi towarzysze... Powiedzmy, że będą mieli mały kłopot. - Nic na to nie odpowiedziała. Nie wiedziała kim byli jego towarzysze, miała tylko nadzieję, że żadne z nich nie zaprzepaści ich szansy na rewolucję. Spotkanie dobiegło końca, a ona pożegnawszy się z brunetem i rudzielcem, a także umawiając się z "zalotnikiem" na jutro udała się w stronę rodziców. Z nimi też wróciła do posiadłości.

***

Wczorajszy dzień był dla niego tak męczący, że gdy tylko wrócił na zamek od razu poszedł spać. Teraz od rana siedział i podpisywał różne dekrety, listy gończe i całą masę dokumentów, które go ani trochę nie obchodziły. Nie dawał mu spokoju pomysł na dzisiejszy dzień i czekał tylko na moment, w którym będzie mógł się urwać. Pierścionek leżał w jego komnacie, na razie nie pokazał go jeszcze nikomu. Zostało mu dwadzieścia dziewięć dni wolności. Nie zamierzał rezygnować z nich zbyt szybko.
Nareszcie ostatnie kartki zostały podpisane i Nataniel mógł zająć się sobą. Niezwłocznie udał się do swojej komnaty, zarzucił na siebie pelerynę i wyszedł. Unikał mieszkańców zamku, by nikt nie zorientował się dokąd zmierzał. Tym razem całkowicie świadomy tego, gdzie chce się znaleźć, szedł na rynek. Poprzedniego dnia nie udało mu się niczego obejrzeć przez złodzieja, który skupił na nich dwojgu zbyt dużą uwagę.
Udało mu się wymknąć i dostać na główną ulicę Romar. Szedł poprawiając kaptur, który zarzucony miał na głowę. Nucił coś pod nosem, co zdawało mu się przypominać o czasach, gdy jeszcze był małym brzdącem rozpieszczanym przez ukochaną matkę. Ręce trzymał w kieszeniach, każdy krok stawiał ostrożnie i powoli. Jakby coś wewnątrz mówiło mu, że wychodzenie poza mury zamku jest złym pomysłem. Miecz uwieszony przy pasie ciążył mu, ale jednocześnie dawał swoistą ochronę. Było ciepło, upalnie lecz w pewnym momencie zawiał silny wiatr. Kaptur spadł z głowy i sprawił, że jego blond włosy zaczęły wesoło tańczyć w powietrzu. Nataniel kątem oka dostrzegł postać, która wydawała mu się wytworem dziecięcej wyobraźni. Nie zwracając na nic uwagi zaczął przeciskać się przez tłum, by dotrzeć do dziwnej kobiety znanej z dawnych lat. Zdawało mu się, że nikt inny jej nie dostrzegał i czuł się okropnie, nie mogąc jej dogonić. Czarne, połyskujące na zielono włosy zniknęły za rogiem i gdy tam dotarł nie było po niej śladu. Zawiedziony zawrócił i odszedł jak najdalej od ulic mrocznej dzielnicy. To nie było miejsce dla niego.
W drodze na rynek rozmyślał wiele razy o tym, co zobaczył. Czy naprawdę była to ta sama kobieta, którą spotkał tak dawno temu? To było niemożliwe, wiedział o tym. Postarzałaby się, a tymczasem wydawała się wyglądać dokładnie tak samo jak wtedy. Nigdy nie zapomni dnia, w którym spotkał ją po raz pierwszy. Pozwoliła mu wybrać swój los, lecz co to był za wybór? Na ustach Nataniela pojawił się ironiczny uśmiech. Pokazała mu dwie drogi, a każda z nich była równie beznadziejna. Nie, był pewien, że zarówno wtedy jak i teraz wymyślił ją sobie, by usprawiedliwić swoje życie. By nie czuć poczucia winy związanego z tym, jak bardzo wszystko schrzanił. W zamyśleniu nie dostrzegł, że doszedł już do placu głównego Romar. Ocknął się starając wypędzić wspomnienia z myśli i zaczął rozglądać się za ciekawymi drobiazgami na stoiskach kupców. Wielki kiermasz się skończył, więc na stoiskach stali tylko miejscowi handlarze. Ostatnie wydarzenia sprawiły także, że coraz mniej osób wychodziło na ulice. Wszyscy bali się smoka. Nataniel nie dziwił im się, sam na ich miejscu nie chciałby spotkać bestii. Teraz jednak było mu wszystko jedno. Westchnął cicho i chwilę później poczuł jak coś wpada mu na plecy. Odwrócił się szybko i ujrzał niską, długowłosą blondynkę.
- Przepraszam! - Skłoniła się nisko uśmiechając przepraszająco. Miała na sobie granatowy gorset i długą suknię w tym samym kolorze. Brązowe oko wpatrywało się w niego z nutą fascynacji, co strasznie mu pochlebiało. Na drugim miała dosyć spory opatrunek, lecz wszystko zakrywała przydługa, postrzępiona grzywka. Wyglądała na dosyć biedną mieszczankę, biorąc pod uwagę jak znoszone miała buty i strój. We włosach miała błękitną wstążkę, która dodawała jej uroku. Według niego nie mogła mieć więcej niż szesnaście lat, choć ręki by sobie nie dał uciąć.
- Nic się nie stało, panienko. - Odpowiedział oczarowany. Ukłonił się nonszalancko i uśmiechał zawadiacko. Ona także wydawała się być nim zainteresowana.
- Chyba się zgubiłam. - Powiedziała cicho rozglądając się niepewnie po okolicy. - Wie pan, jak dojść do ogrodów królewskich?
- Tak się składa, że wiem. - Zaśmiał się lekko. - Zaprowadzić panienkę?
- Och, nie chciałabym przeszkadzać.
- To naprawdę nie problem. Ale, gdzie moje maniery. Jestem Nataniel, a ty?
- Elena. Dziękuję za pomoc. - Król był w siódmym niebie, mogąc przejść się z tak uroczą dziewczyną. Wskazał jej palcem kierunek, w którym mieli się udać i zaczął torować im drogę. Dziewczyna szła tuż przy nim, niby to przypadkiem ocierając się łokciem o jego ramię.
Do ogrodów nie było daleko, dlatego też bardzo szybko się w nich znaleźli. Przez chwilę spacerowali jeszcze razem, jakby nie mogli się od siebie oderwać. Rozmawiali cicho o sprawach przyziemnych, takich jak zbiory, czy praca przy sieciach rybackich. Czyli wszystko to, o czym Nataniel nie miał bladego pojęcia, a ona zdawała się właśnie z tego utrzymywać. W pewnym momencie dziewczę potknęło się i upadło. Natychmiast do niej podbiegł i próbował pomóc jej wstać. Amulet, który zawieszony miał na szyi pobłyskiwał w świetle słońca. Zamyślił się na chwilę, trzymając jej dłoń w swojej i podciągając ją lekko do góry. Nagle coś nim szarpnęło. Usłyszał dźwięk pękającego rzemienia i zauważył uciekającą dziewczynę. Patrzył za nią jeszcze przez chwilę, nie wiedząc co się właściwie stało. Zaraz jednak zdał sobie sprawę, że został oszukany. Na piersi nic mu nie ciążyło, więc zaklął tylko siarczyście i ruszył w pogoni za złodziejką. Nigdy nie wybaczy sobie tego, jak łatwo dał się oszukać. Amulet dostał dawno temu od matki i naprawdę nie chciał go stracić! A teraz, przez własną głupotę nie miał szans na odzyskanie go. Dziewczę zniknęło gdzieś w tłumie i nie mógł jej odnaleźć. Łzy cisnęły mu się do oczu. Był wściekły i sam do końca nie wiedział dlaczego. Czy to sprawka jego naiwności, czy utraty ważnej sentymentalnie rzeczy? Nie wiedział, co było gorsze. Cały czas przeklinając skierował swoje kroki do herbaciarni, by napić się czegoś uspokajającego. Był pewien, że już nigdy nie odzyska skarbu rodzinnego. Niech to diabli!

***

Cecylia od samego rana czekała na Darrela. Całą noc przewalała się na łóżku i rozmyślała o tym, czy mu zaufać czy nie. Wymyślała całą listę za i przeciw i ostatecznie zdecydowała się wcielić go do swojego planu. Nigdy nie przyznałaby się przed nikim, że to dlatego, iż młody Irys zauroczył ją swoją osobą, ale po części tak właśnie było. Z drugiej strony, wydawał się dobrym sojusznikiem, mimo iż nic o nim tak naprawdę nie wiedziała. Miał dla niej jakąś niespodziankę, która ewidentnie miała pomóc jej dotrzeć do celu. Ciekawa była, co wymyślił.
Siedziała właśnie w salonie i czytała jedną z wielu książek, jakie znajdowały się w posiadłości, gdy po domu rozległo się pukanie do drzwi. Kamerdyner wpuścił do środka gościa, na widok którego Cecylia rozpromieniała. Ponieważ rodziców nie było w domu mogli swobodnie rozmawiać w każdej jego części.
- Witaj Cecylio. - Mężczyzna uśmiechnął się, jak to miał w zwyczaju. - Porywam cię dzisiaj.
- Porywasz? A dokąd, jeśli można wiedzieć?
- To porwanie, dlaczego miałbym ci zdradzać takie szczegóły? - Błysk w oku jaki się przy tym pojawił zaciekawił dziewczynę jeszcze bardziej. Gdy złapał ją za ramię i poprowadził do drzwi w ogóle nie protestowała. Wyszli z domu i skierowali się na północ Romar. Szli rozmawiając cicho właściwie o niczym ciekawym, gdy Cecylia zdecydowała, że czas zmienić temat.
- Postanowiłam ci zaufać.
- Cieszę się. - Odpowiedział zupełnie tak, jakby tego się spodziewał. - Dlatego też, mam dla ciebie niespodziankę, która pomoże nam w spełnieniu twoich marzeń.
- Skąd wiesz, jakie mam marzenia?
- Jako głowa rebelii zapewne chcesz pokonać króla. Zgładzić go i samej zdobyć tron. - Cecylia zamilkła. Była zła, że tak łatwo ją rozgryzł, choć z drugiej strony zdawało się to takie oczywiste. Kiwnęła głową dając mu do zrozumienia, że miał rację.
- Załóż kaptur Cecylio. - Mruknął do niej cicho, gdy przechodzili małymi uliczkami nieopodal mrocznej dzielnicy, do której ku jej zdziwieniu się kierowali. Dziewczyna wykonała jego rozkaz spoglądając na niego ukradkiem. Sam zrobił to samo i nie odzywał się już, aż do czasu gdy doszli do najbrzydszej i najmniejszej uliczki, jaką w całym swoim życiu widziała.
Na samym końcu drogi stała czwórka ludzi, również w płaszczach i kapturach zakrywających ich twarze. Na kogoś czekali, lecz Cecylii nawet przez chwilę przez myśl nie przeszło, że na nich.
- Vincent. - Głos jej towarzysza rozdarł ciszę, a nieznajomi odwrócili się w ich stronę.
- Nie tak głośno. - Skarcił go wysoki mężczyzna, o bardzo niskim tonie głosu.
- No już, już. Nie przejmuj się tak. Nikogo tu nie ma. - Darrel śmiejąc się wesoło zdjął kaptur i poklepał jednego z nich po ramieniu. - Przyprowadziłem ją. Tę, której pomożemy.
- Pomożemy? To się jeszcze okaże. - Jedna z niższych osób fuknęła cicho. Zdecydowanie była to kobieta.
- Dokładnie. Zależy, co ma nam do zaproponowania. Tani nie jesteśmy, pamiętaj. - Kolejna osoba również zdawała się być przedstawicielką płci pięknej. Nieznajomi spoglądali po sobie po czym wszyscy zdjęli kaptury. Pierwszy z nich, ten, który nazywał się Vincent okazał się brązowowłosym mężczyzną o cerze bladej jak ściana.  Usta miał zaciśnięte, a brwi ściągnięte jakby w gniewie. Kobietą, która odezwała się pierwsza była blondynka z opaską zakrywającą pół twarzy. Długie, falujące włosy spływały jej po ramionach, a błękitne oko przyglądało się Cecylii z nieufnością. Jej towarzyszką okazało się dziewczę o czerwonych źrenicach. Nie to jednak było w niej najdziwniejsze. Miała długie, białe, królicze uszy, które zdawały się nasłuchiwać. Cecylia miała wrażenie, że już gdzieś ją kiedyś widziała, ale nie wiedziała, gdzie. Jedno było jednak pewne. Cerber i to najpewniej jeden z tych, którym nie udało się wrócić do normalnej postaci. Nawet kolor włosów zdawał się świadczyć, iż normalna nie była. Fiolet emanował z nich bardzo intensywnie i szlachcianka pomyślała, że na jej miejscu już dawno schowałaby się w jakiejś grocie. Od króliczej panny emanowała jednak pewność siebie i to sprawiało, że wszyscy ją szanowali. Ostatnim członkiem grupy był mocno opalony mężczyzna z zawadiackim uśmiechem na twarzy. Do tej pory nic nie mówił, lecz wzrok utkwiony miał w Cecylii.
- Ona ma wam do zaoferowania więcej, niż sobie myślicie. - Szlachcianka spojrzała na niego zdziwiona. Co on plecie? - Dogadałem z nią warunki umowy i możecie być pewni, że nie będziemy poszkodowani.
- Skoro tak... Powiedzmy, że ci wierzę. - Blondynka fuknęła cicho lecz nie odezwała się już.
- Może najpierw jej was przedstawię. To jest Vincent, ale to już chyba wiesz. - Wskazał na pierwszego mężczyznę. - Bjorg. - Palec skierował na blondynkę. - Asu. - Tak brzmiało imię króliczej panny. - I Jasper. - Ostatni skłonił się lekko zdejmując z głowy kapelusz.
- Skoro ona nas już zna, może my też powinniśmy? - Zapytała Asu, całkowicie spokojnie. Była zupełnym przeciwieństwem swojej towarzyszki.
- Oczywiście. - Powiedział Darrel, a Cecylia zdjęła kaptur.
- C. Tak macie mnie nazywać. - Mówiła oschle, lecz z nutą pewności siebie. Tak naprawdę jednak nie wiedziała, co jej towarzysz planował.
- C nas wynajmie. Vincencie, twoja rola będzie znacząca, dlatego też otrzymasz odrębną zapłatę. Cała reszta zajmie się zadaniem głównym. - Cecylia chrząknęła, a Darrel tylko się uśmiechnął. Nachylił się nad jej uchem i coś jej wyszeptał. Otworzyła oczy ze zdumienia, lecz po chwili na jej ustach pojawił się wredny uśmiech. O tak, mało kto by się go nie przeraził.
- Szczegóły poznacie wkrótce, lecz gwarantuję wam sowite wynagrodzenie. Ty Vincencie zajmiesz się ochroną mojej osoby. Chcę Cię mieć obok siebie dwadzieścia cztery godziny na dobę, chyba że powiem inaczej. Jasne? - Mówiła tonem zdradzającym ekscytację ale i pewność siebie.
- Rozumiem, co jednak za to dostanę?
- Zakwaterowanie i sto sztuk złota dziennie. - Mruknęła śmiejąc się pod nosem. Nigdy w życiu nie mogłaby mu tyle zapłacić, gdyby nie to, co powiedział jej Darrel przed chwilą.
- A my? - Zapytała Asu.
- Wy swoje zadanie poznacie za dwa dni. W tym samym miejscu o tej samej porze. Cenę również uzgodnimy. - Odpowiedział Darrel.
- A ty to co? - Fuknęła blondynka.
- Ja muszę uważać na to co robię. Zbyt dużo uwagi będzie się na mnie kierowało, dlatego będziecie musieli poradzić sobie sami. - Nastała cisza, którą przerwał śmiech Jaspera. Machnął na nich ręką i cała czwórka zniknęła za zakrętem.
- Coś ty wykombinował? - Cecylia szturchnęła bruneta w ramię, ale uśmiechnęła się do niego lekko. - Nie wiem skąd wytrzaśniesz tyle pieniędzy, ale wiedz, że jestem ci wdzięczna.
- Nie ma za co Cecylio, nie ma za co. Resztę dogadamy jutro, bo dziś muszę jeszcze z nimi pomówić.
- Rozumiem, będę więc wracać.
- Odprowadzę cię.
- Nie ma potrzeby, poradzę sobie. - Chciała pobyć przez chwilę sama i poukładać sobie wiele spraw. Odkąd go poznała wszystko działo się tak szybko, że za tym nie nadążała. Pomachała mu na pożegnanie i biegiem ruszyła w stronę ogrodów królewskich. Tamtędy miała najszybciej do domu, a jednocześnie było to miejsce bardzo spokojne. Idealne wręcz na przemyślenia.
Gdy dotarła do ogrodów poczuła zmęczenie. Ledwo łapała oddech po biegu z mrocznej dzielnicy. Zieleń dotarła do jej oczu automatycznie działając na jej niespokojne serce. Maszyna ruszyła w ruch i to z jednej strony bardzo ją cieszyło, a z drugiej odrobinę przerażało. Nie wiedziała, co się dzieje, poza tym, że jej marzenia zaczęły się spełniać. A przynajmniej wkroczyły na drogę do spełnienia. Z oddali zobaczyła uroczy budynek w kształcie wielkiego czajniczka. Zawsze zastanawiała się, jak ktoś w ogóle coś takiego zbudował! Herbaciarnia była jednym z miejsc, które miały masę klientów. Dagor Ciężkałapa czerpał z niej wielkie zyski. Całe Romar o tym wiedziało. Cecylia skierowała więc swoje kroki do miejsca zarobku znanego w mieście krasnoluda. Doszła do drzwi i otworzyła je lekko zaglądając do środka. Gwar, jaki doszedł do jej uszu sprawił, że zachciała stamtąd wyjść jak najszybciej. Wszystkie stoliki były zajęte, a biedna herbaciarka zdawała się nie nadążać z zamówieniami. Przydałby jej się ktoś do pomocy.
Luparie weszła wgłąb z nadzieją, że choć jedno małe miejsce będzie wolne. Nic jednak nie mogła dostrzeć. Aż nagle jej oczom ukazał się młody, jasnowłosy chłopak siedzący sam przy większym stoliku. Nikt do niego się nie dosiadł, choć było tam dużo wolnych miejsc. Podeszła do niego wolno i nachylając się w jego stronę odezwała cicho.
- Przepraszam. Czy mogę się przysiąść? - Jego wzrok skupił się na niej, a dłoń która prowadziła filiżankę do ust zatrzymała się w połowie drogi. Oczy zaświeciły mu się radośnie, z zaciekawieniem.
- Jasne, proszę. - Uśmiechnął się do niej robiąc miejsce obok siebie. Usiadła koło niego machając lekko na herbaciarkę. Przyglądała mu się dyskretnie zdając sobie sprawę, iż właśnie poznała kogoś ważnego. Był ubrany dużo lepiej od wszystkich mieszkańców miasta, nawet od arystokracji. Cecylia postanowiła wykorzystać tę okazję, by zbliżyć się jak najbardziej do dworu królewskiego. Niepozornie i cicho. Jeden z wielu punktów jej planu mógł spełnić się dużo szybciej, niż sama się tego spodziewała.
________________________________________________________
Och, rozdział drugi skończony! Miał się pojawić kilka godzin wcześniej, ale cóż... Tak to czasem bywa, że nie wszystko jest na czas. Zwłaszcza w Polsce.
Mam nadzieję, że spodoba wam się ten rozdział. Liczę na komentarze na temat tego, co należałoby według was poprawić. I nie mówię tu o fabule, ale o błędach. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że pewnie jest ich tam dużo.
Kiedy kolejny rozdział? Ciężkie pytanie. Prawdopodobnie ukaże się za dwa tygodnie, czyli 26 lutego. Ale jeżeli chcecie być na bieżąco, zapraszam na facebooka: https://www.facebook.com/OpowiadaniaIryska

Podziękowania dla Bezy, Piesza i Marcina, o. Dzisiaj tak bardzo króciutko i tyle.

Więcej na: http://irysek.tumblr.com/virtualkingdom